ZASIĘG
„You shoot me down, but I won’t fall — I am titanium.” — David Guetta ft. Sia, Titanium
Zobaczyłem pięść, zanim usłyszałem cokolwiek.
8 marca 2020. Idę sam przez park w kierunku miejsca manifestacji ulicznej w obronie praw kobiet. Wiosna jeszcze się nie zaczęła, ale powietrze jest już inne — ta specyficzna Łódź na przełomie, kiedy błoto jest jeszcze wszędzie, ale w nim już coś kiełkuje. Nadchodzi wiosna, a ja wychodzę z kryzysu — czuję to.
Trzech gości. Nie wiem, skąd się wzięli. Jeden staje przede mną, dwaj z boków, widzę pięść i słyszę: „jebać antifę”.
Odwracam się i biegnę. Niedaleko tłum ludzi, przejście dla pieszych.
Uderzyli słabo. Zadzwoniłem po znajomych z PPS — ale agresorów już nie było. Demonstracja i tak się odbyła. Życie potoczyło się dalej.
To był pierwszy raz, kiedy ktoś mnie uderzył. Przez długi czas nie wiedziałem, co z tym zdarzeniem zrobić. Było za małe na traumę, za duże na anegdotę. Ktoś widział we mnie zagrożenie — a ja, wtedy, nie do końca wiedziałem, co we mnie widzi. Ale jedno wiedziałem na pewno: ciało w przestrzeni publicznej coś kosztuje. Nie zawsze, nie wszędzie — ale może kosztować. I ten koszt jest realny w sposób, którego żaden ekran nie jest w stanie oddać ani zastąpić.
Dwa tygodnie później rząd ogłosił lockdown. Zaczęła się pandemia Covid-19.
Ledwo zacząłem się czuć komfortowo w aktywizmie osadzonym w przestrzeni fizycznej — życie przeszło w online.
Bo po raporcie IPCC z 2018 roku poczułem, że trzeba działać ciałem, nie tylko głową — i w sposób bardziej zorganizowany niż dotąd. Działałem razem z Extinction Rebellion — oddolnym ruchem społecznym, który wtedy budował swoją obecność w Polsce — i z innymi: Strajk dla Klimatu, Rodzice dla Klimatu. Byłem z nimi, bo oni byli — przejmowali się tym, czym przejmuję się ja.
Pomagałem organizować happeningi, demonstracje, malowałem banery. Stałem w deszczu z transparentem. Kleiłem plakaty. Montowałem filmy. I przychodziłem na spotkania, na których zawierałem więzi na dłużej — nowe środowisko, nowi ludzie, poczucie, że wreszcie jestem gdzieś, gdzie może uratuję świat.
Konto na Instagramie założyłem przed pandemią, ale jeszcze nie wiedziałem, co z nim zrobić. Kilka postów, eksperymentowanie z językiem, szukanie głosu. W lockdown profil stał się moją gniewną tubą.
Główną motywacją i uzasadnieniem dla ostrego języka była chęć „przesunięcia Okna Overtona”. To koncepcja prosta i brutalna zarazem: w każdym społeczeństwie istnieje wąski zakres poglądów, które są uważane za dopuszczalne, rozsądne, normalne. To, co leży poza tym oknem, jest radykalne, niebezpieczne, nie do pomyślenia. Ale okno można przesuwać. Nie przez przekonywanie centrum — przez normalizację skrajności. Jeśli ktoś krzyczy wystarczająco głośno z jednej strony, to, co wcześniej było radykalne, zaczyna wyglądać umiarkowanie.
Blisko temu do strategii negocjacji — zawsze żądaj więcej, niż oczekujesz, aby zapewnić sobie pole manewru do ustępstw.
Konfederacja Mentzena zyskuje, kiedy obok stoi Braun — bo na tym tle brzmi jak zdrowy rozsądek. Tak działał alt-right: ruch, który narodził się w internetowych norach, w środowiskach młodych mężczyzn sklejonych gniewem i poczuciem przegranej, i który powoli — przez memy, przez ironię, przez stopniowe oswajanie faszyzmu — przesunął granicę tego, co wypowiedziane publicznie nie kończy kariery. Trump jest objawem, nie przyczyną. Przyczyną były lata „przesuwania okna”. Przed pandemią konsensus był taki, że to prawica wygrała internetową „wojnę na memy”.
Polska scena polityczna jest przesunięta mocno w prawo. „Lewica Razem” prezentuje program, który w Europie Zachodniej byłby umiarkowaną socjaldemokracją — a u nas uchodzi za radykalną. Chciałem więc krzyczeć głośniej. Pokazać moją radykalną stronę — żeby to, co umiarkowane, zaczęło brzmieć umiarkowanie.
Wcześniej to ulica była centrum działań, a Instagram był czymś obok. Marzec 2020 zamknął ten rozdział. Lockdown nastał nagle i wyglądał jak przejściowy. Ale trwał coraz dłużej. Nikt nie wiedział jeszcze, co to oznacza dla Polski, dla Łodzi, dla demonstracji, która miała się odbyć w przyszły weekend.
Demonstracja się nie odbyła. Przestrzeń publiczna zamknęła się jak drzwi od mieszkania. Ja zostałem ze smartfonem, komputerem, wiedzą, ambicją, wolnym czasem i pytaniem: co teraz?
Odpowiedź przyszła szybko — bo właściwie już ją miałem: Instagram. Skoro ciało nie może wyjść na ulicę, to przynajmniej głos może docierać. Skoro nie możemy stać razem — możemy chociaż razem myśleć. Tak sobie to tłumaczyłem.
Zacząłem pracować na koncie po dziesięć, dwanaście godzin dziennie. Ale „praca” to złe słowo na to, co się wtedy działo. Byłem w obsesji — tej dobrej, która daje poczucie, że nareszcie wiesz, po co wstajesz. Memy, analizy, infografiki, komentarze bieżących wydarzeń. Żyłem w trybie, który byłby nie do utrzymania w innym czasie, ale pandemia zabrała mi wszystkie powody, żeby z niego wychodzić.
Dobrze wspominam ten czas. Pracowałem w środku nocy, budziłem się po dwóch godzinach snu do alarmu o ósmej, bo o ósmej rano posty chodzą najlepiej. Publikowałem, wchodziła dopamina, i wtedy przychodziła wena. Pisałem dalej. Miałem notatnik pełen tekstów, manifestów, szkiców — wiele odrzucałem, byłem i jestem wobec siebie bardzo krytyczny. Ale te poranne godziny, kiedy świat budził się do pracy, a ja pisałem o rzeczach, które mnie palą — to są jedne z lepszych wspomnień z tamtego czasu. Około południa padałem spać. Budziłem się po siedemnastej, gdy za oknem głos z osiedlowych megafonów niósł się między blokami: „uwaga, jest stan epidemii…”. Potem oglądałem memy, robiłem memy, pisałem z ludźmi, udostępniałem relacje. I tak do rana.
Kilka tysięcy obserwujących. Potem kilkanaście tysięcy. Więcej niż się spodziewałem, a przecież świadomie ograniczyłem się do języka polskiego i polskiej polityki. Czułem, że to bardzo dużo jak na temat, który przez całe życie wydawał mi się niszowy, niesłyszalny, trochę wariacki. To, co dla mnie jest oczywiste — kapitalizm, katastrofa klimatyczna — krzyczę o tym, a inni nie słyszą, albo patrzą, jakbym mówił w innym języku. Całe życie miałem poczucie, że jestem nie z tej epoki albo nie z tego miejsca. A tu dwadzieścia tysięcy osób, które wybierają, żeby to czytać — to było dla mnie potwierdzenie, że nie jestem sam w tej głowie. Że ktoś jeszcze to widzi. Posty rozchodziły się dalej. Setki tysięcy wyświetleń. Potem pierwszy viral — ponad milion.
Satysfakcja była realna. Tego nie chcę udawać.
Ale gdzieś pod nią rosło pytanie, którego jeszcze nie umiałem sformułować. Czy to jest ten sam aktywizm co stanie w deszczu z transparentem — tylko szybszy, skuteczniejszy, docierający dalej? Czy to jest coś innego? I jeśli coś innego — to co?
W październiku 2020 roku, w samym środku pandemii, Trybunał Konstytucyjny opanowany przez PiS ogłosił orzeczenie w sprawie aborcji.
Myśleli, że nikt nie wyjdzie. Że pandemia ich ochroni. Że ludzie boją się wychodzić, że zakaz zgromadzeń, że stan epidemii, że policja. Pomylili się. Wyszliśmy, choć zgromadzenia były nielegalne.
W samym szczycie protestów wyszedłem z siostrą. Ona rzadko chodzi na demonstracje — to nie jest jej forma, jest inaczej obecna w tym świecie. Że wyszła tego dnia, mówiło coś o tym, co się działo. Nie tylko ona. Prawie wszyscy znajomi z mojej nowej pracy wyszli — nie dlatego, że ktoś namawiał. Po prostu demonstrowali gniew we wspólnej sprawie.
Łódź wyszła na ulice w liczbie, której nikt nie pamiętał — największa demonstracja w historii tych protestów w mieście. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Blokowaliśmy ulice, skrzyżowania, ronda — ale to nie był chaos, to było świętowanie. W oknach i na balkonach stali ludzie i machali. Miasto, które zwykle jest szare i zamknięte — otworzyło się. Prawdziwy zryw społeczny, a nie uliczny performens.
W tamtym czasie prawie codziennie na nadgarstku miałem napisany mazakiem numer telefonu do prawnika, który pro bono pomagał zatrzymanym. Czasem były przepychanki, aresztowania — ale nie aż tak ostro, jak w Warszawie.
Na wszystkich demonstracjach w tamtym okresie policja jeździła samochodami z głośnikami i puszczała zapętlone komunikaty: że stan epidemii, że zgromadzenia nielegalne, że prosimy o rozejście się. Słyszało się to co kilka minut, w kółko, przez całe miasto — i z czasem przestawało się odróżniać od tła. Taka była normalność tamtego czasu: mechaniczny głos informujący, że to, co robisz, jest zakazane, a ty stoisz i nie odchodzisz, i wiesz, że możesz być w każdej chwili zatrzymany.
Tego dnia z siostrą szliśmy przez kilka godzin. Prawie trzydzieści tysięcy kroków, przy średniej z poprzednich dni nieprzekraczającej u mnie tysiąca. Dobrze pamiętam to poczucie, którego ekran nie ma jak dać: że jesteś częścią czegoś, co jest większe od ciebie, i że to coś ma ciężar, ma temperaturę, ma oddech. Pamiętam moment, kiedy skądś z przodu dotarła wiadomość — karetka jedzie na sygnale. Przekazywana z ust do ust, od człowieka do człowieka, aż tłum dziesiątek tysięcy osób zaczął się rozsuwać. Korytarz życia — w środku nielegalnej demonstracji, w środku pandemii. Nikt tego nie koordynował. Po prostu tak się stało.
Strajki w obronie praw kobiet złamały tabu: ulica wraca do gry. Wróciły więc strajki klimatyczne, demonstracje propracownicze, marsze równości.
To był pierwszy — i jedyny — raz, kiedy brałem udział w protestach samochodowych. Umawialiśmy się w grupkach na Facebooku na konkretny rejon i godzinę, zjeżdżaliśmy się na miejsce i jechaliśmy na awaryjnych, maksymalnie powoli. Łączność w konwoju szła głosem, przez aplikację mobilną działającą jak internetowe CB radio — tego mniej typowego doświadczenia aktywistycznego nigdy nie zapomnę. To jest obywatelskie nieposłuszeństwo — ta sama kategoria, do której należą taktyki Extinction Rebellion i dzisiejszych ruchów jemu podobnych. Teoria ruchów społecznych, którą poznałem na studiach, mówi to jasno: żeby protest wywołał jakąkolwiek zmianę, musi kosztować, musi wprowadzać chaos i utrudnienia. Bez tego jest tylko ładnie wyglądającym performensem.
Wierzę, że zmiany nie da się wywołać czysto pokojowo, bez utrudnień dla kogokolwiek. Ale wiele ruchów i spraw straciło przy tym dobry wizerunek — przez niezrozumienie społeczne albo przez celowe naginanie narracji przez media. Dlatego współczesne ruchy społeczne potrzebują dziś PR-owców i marketingowców. Niestety. Narzędzi wroga.
W Extinction Rebellion widziałem te taktyki od środka. Ale sam wchodziłem raczej w rolę osoby odpowiedzialnej za deeskalację konfliktów, niż aktywisty przyklejonego do asfaltu. Tej formy protestu akurat sam osobiście nie czułem. A wieszanie banerów klimatycznych po nocach wspominam jako mieszankę strachu i poczucia dumy.
Żadna demonstracja nie powtórzyła jednak później tamtego zrywu łódzkiego w obronie kobiet. Nic tego nie powtórzyło. Czy to coś dało? Gdy piszę te wspomnienia kilka lat później, prawo aborcyjne wciąż nie zostało zliberalizowane.
Z czasem do ruchu na rzecz praw kobiet zaczęto podpinać kolejne tematy. Z konkretu — walka o wszystko, i w efekcie o nic.
Przeżyłem jednak coś prawdziwego — ciało w tłumie, megafon, siostra obok, korytarz, który sami zrobiliśmy dla karetki. I zamieniałem te doświadczenia na treści agitacyjne na Instagramie. Tak wyglądało moje działanie — wszystkie moje działania od marca: przez ekran, przez język, przez zasięg.
„System, który działa sprawnie, nie potrzebuje przemocy” — napisałem w pracy magisterskiej, analizując Wyścig z czasem. Wystarczy arytmetyka. A czy ta arytmetyka może zadziałać też na mnie? W połowie 2020 roku przestałem się zastanawiać.
Szukałem wtedy pracy — wysyłałem CV do kilku łódzkich korporacji. Miałem dwie wersje. Jedną czysto zawodowo-edukacyjną. Drugą z portfolio filmowym — etiudy, które produkowałem, montowałem, w których grałem role. W tej drugiej był mój krótkometrażowy film Schody Mordoru.
Scenariusz do tego filmu napisałem pewnego ranka, siedząc w toalecie, w przypływie natchnienia. Na planie biegałem z mikrofonem i nosiłem sprzęt. Dzień później montowaliśmy film z kumplem przy pizzy. Dyktowałem do mikrofonu zdania: „Mordor. Bieżnia dla niekończącego się wyścigu szczurów. Szklane budynki odbijają błękit nieba.”
Chodziło o warszawski Mordor — dzielnicę biurowców na Służewcu, dokąd przez lata jeździłem w ramach obowiązków zawodowych. Patrzyłem wtedy na te szklane budynki jak na akwaria. W środku — organizacje, które działały lepiej albo gorzej. Wzorce, które rozpoznawałem, bo znałem je już ze świata polityczno-społecznego.
Do jednej z korporacji omyłkowo wysłałem złą wersję CV — tę z listą filmów. Pierwsza rozmowa poszła dobrze. Druga dużo gorzej. Kilka dni później zadzwonili, że pracy nie dostanę. Rozmówca, zanim się rozłączył, przyznał się do czegoś: znalazł w sieci Schody Mordoru. Nie rozumiał, po co szukam pracy w korporacji, skoro tak na to wszystko patrzę.
Wkrótce potem zacząłem pracę w agencji marketingowej.
Wsiąkając w Instagram przez kilkanaście miesięcy lockdownu, nauczyłem się o ekosystemie cyfrowym więcej niż z jakiejkolwiek książki. Zobaczyłem, jak działa uwaga i zasięg. Jak platforma nagradza pewne emocje i karze inne. Praca w agencji była naturalnym krokiem — chciałem zobaczyć ten system od środka, od strony inżynierii, nie tylko od strony użytkownika, który wpatruje się w słupki.
Żeby skutecznie walczyć z algorytmem — musisz go rozumieć. Żeby go rozumieć — musisz mu służyć. To mój paradoks i mój grafik pracy. Mam miejsce blisko maszynerii — widzę, jak działają korporacje, biznes, digital, co marketerzy robią z twoimi danymi i jak budują architektury wpływu. Moja praca polega na projektowaniu systemów do przedzierania się przez szum informacyjny internetu. Ileż jest tu niuansów!
Rano patrzę, jak walczyć o uwagę w imieniu klientów biznesowych. Wieczorem robię to samo w imieniu własnych przekonań. Narzędzia identyczne. Logika identyczna. Różnią się treść i wpływ.
Za tysiące godzin na Instagramie nie zarobiłem nic. Meta zarabiała za to na każdym moim poście. Firmy zarabiały na reklamach, które świeciły się obok mojego antykapitalizmu. Gdzieś pomiędzy jednym a drugim siedziałem teraz zawodowo z poczuciem, że robię coś ważnego — ale z coraz mniejszą pewnością, czym to coś właściwie jest.
Ta jesień była szczytem pandemii. Była też — wiem to teraz — czasem zbliżenia się do systemu: nowa praca, największe protesty, próba naprawienia rytmu dobowego, który nigdy nie wrócił do normy. Byłem istotą nocy, jestem nią do dziś. I postanowiłem tę noc spożytkować — jedną ręką pracując dla agencji, drugą budując coś własnego. W środku lockdownu, w środku największego zrywu społecznego od lat, w środku pandemii. Myślałem, że zaczynam. Że to dopiero początek.
Wiosna 2021 wyglądała już inaczej.
Szczepienia, kolejne mutacje wirusa, powrót do „normalnego życia” — ostrożnie, z nową rutyną. Na moich zdjęciach z tamtego okresu — marsze równości, klimatyczne happeningi, obchody PPS, malowanie banerów w siedzibie partii, imprezy, wspólny czas. Nie noszę już maseczki. Powietrze ciepłe. Energia inna niż wcześniej.
Strach, który poczułem w parku 8 marca, był prosty i czytelny. Pięść, ciało, ucieczka. Nie zapomnisz o nim.
Strach, który rósł przez cały tamten rok, był inny. Nie miał twarzy ani adresu. Przychodził w komentarzach, w wiadomościach, czasem w postaci zorganizowanych ataków. Nauczyłem się to ignorować — a przynajmniej udawać, że ignoruję. Przemoc online jest mniej realna od przemocy w parku. Mniej realna — ale nie mniej skuteczna.
Z czasem zaczął mi towarzyszyć inny rodzaj niepokoju — spokojniejszy, bardziej chroniczny. Przestałem myśleć o tym, czy zmieniam świat. Zacząłem myśleć o tym, kiedy puścić post, żeby miał największy zasięg. Cenzurowałem sam siebie — bo platforma karze niektóre treści, bo algorytm lepiej niesie emocje niż analizę, bo cenzura zasięgów jest prawdziwą cenzurą, nawet jeśli nikt cię nie zatrzymuje. Wchodziłem w obsesyjne śledztwa: dlaczego ten post poszedł viralem, a tamten — z którego byłem naprawdę dumny — przeszedł niemal bez echa? Co to mówi o ludziach? Co to mówi o mnie? Co to mówi o tym systemie, który chcę zrozumieć — i który rozumiem coraz lepiej, i który dlatego coraz bardziej mnie niepokoi?
Lęk nie sprawił, że przestałem. Sprawił, że zacząłem działać inaczej — bardziej mechanicznie, bardziej strategicznie, coraz mniej w kontakcie z tym, po co w ogóle zaczynałem.
Nie wiem, od kiedy dokładnie zdarzył się ten przeskok. Wiem, że się zdarzył.
Czy dwadzieścia tysięcy followersów, kilka viralów i rok w algorytmie zmieniły cokolwiek? Czy gniew, który wkładałem w posty, trafiał do ludzi, którzy go nie mieli — czy trafiał do tych, którzy już byli po tej samej stronie co ja, żeby ich utwierdzić? Czy budowałem ruch, czy echo?
Tych pytań nie rozstrzygnę. Mechanizm za nimi rozumiem coraz lepiej — i myślę, że warto o nim mówić głośno. Jak działa zasięg. Jak działa propaganda. Jak dezinformacja nie jest błędem systemu — jest jego funkcją. Uważam, że każdy powinien chociaż wiedzieć, o co w tym chodzi.
Ale żeby zrozumieć ten mechanizm do końca — muszę wrócić do biurka, przy którym już wtedy siedziałem. Do miejsca, z którego patrzyłem na system nie jak użytkownik, ale jak ktoś, kto go obsługuje.