Jesteśmy z Tytanu Kuba Kołaciński

MIŁOŚĆ

„Jest już ciemno. Ale czują nawzajem swój oddech. I wiedzą wszystko, co trzeba wiedzieć. Całują się. I czują na policzkach łzy tego drugiego. A gdyby ktoś jeszcze został, żeby na nich patrzeć, wyglądaliby jak zwykli kochankowie — głaszczący nawzajem swoje twarze, ciała blisko siebie, oczy zamknięte, nieświadomi otaczającego ich świata. Bo właśnie tak toczy się dalej życie. Właśnie tak.” — Susan, Perfect Sense, reż. David Mackenzie

W okresie nastoletnim miałem tendencję do zakochiwania się bez podejmowania jakiegokolwiek kroku. Uczucie przeżywałem w wyobraźni. Ze strachu, z powodu kompleksów.

Limerencja — stan obsesyjnego zafascynowania, nierówny i jednostronny, który żywi się wyobraźnią bardziej niż rzeczywistością.

Mamy kompleksy. Kobiety i mężczyźni. Też miałem — wygląd, brak poczucia własnej wartości, lęki. Pojęcie męskość. Nauczyłem się nie lubić siebie za to, że nie pasuję do czegoś, co właściwie nigdy nie zostało mi wytłumaczone czym jest.

Zaakceptowałem siebie, gdy zrozumiałem, czym jest płeć kulturowa, choć gdy nazwie się to „płcią kulturową”, to brzmi jak akademicka paplanina. A jednak jest zestaw charakterystyk, do których podświadomie próbujemy się dopasować, by być akceptowanymi.

Łatwiej się żyje z myślą, że bycie męskim to nie zestaw cech biologicznych, tylko scenariusz napisany przez kogoś innego, dla kogoś innego, w innym czasie. Że można być heteroseksualnym mężczyzną z baby face i dłuższymi włosami — i nie mieć z tego powodu żadnego problemu, poza tym, który sami sobie robimy.

Są to jednak prawdziwe emocje, które przeżywamy w sobie przez długi czas. Ja na swojej drodze stykałem się z narracjami, które przy innym układzie okoliczności — inny moment, inna samotność, inny algorytm — mogły mnie sprowadzić na radykalne drogi faszyzmu, nazizmu, terroryzmu wszelkiej maści. Nie jestem pewien, co dokładnie mnie ustrzegło. Radykalizacja młodych ludzi jest wbrew pozorom bardzo prosta i przeróżne grupy interesów zawsze będą próbowały to wykorzystać.

Samotność znam. Długo szukałem miłości.

Pierwszy związek połączyła muzyka. Kilka lat później zainstalowałem Tinder.

Narzędzie okazało się przydatne pod kątem umawiania randek. Ale sam proces jest bardzo męczący. Pełno pętli dopaminowych i technik monetyzacji, które podpuszczają cię do wydania coraz więcej pieniędzy w zwykłej walce o uwagę, co jednak jest podstawową funkcją aplikacji. Bez uwagi algorytmu nie ma randek.

Terapeuta mi powiedział, że wielu ludzi na Tinderze nie szuka tego, po co rzekomo tam jest. Prawie połowa używa go dla walidacji — żeby ktoś przesunął palcem w prawo i tym gestem potwierdził wartość. Ludzie szukają uwagi. Potwierdzenie — nie miłość. Sygnał — nie relacja. Aplikacja to rozumie lepiej niż jej użytkownicy i projektuje środowisko, w którym uwaga jest walutą. Match to dawka dopaminy. Brak odpowiedzi to jej odebranie. Ghosting to kara bez wyroku i bez uzasadnienia — mechanizm, który Tinder skonstruował tak, żebyś nigdy nie wiedział dlaczego.

Tinder z 2015 roku był inny. Prostszy. Nie było płatnych boostów, nie było „super like’ów” sprzedawanych w pakietach, nie było płatnych filtrów decydujących, kogo widzisz. Przez dekadę zmieniło się jedno: coraz więcej rzeczy jest za dopłatą. Widoczność za dopłatą. Zasięg za dopłatą. W interesie aplikacji nie jest, żebyś się zmatchował. W jej interesie jest, żebyś płacił za próbę. Enshittification randkowania — ta sama logika co wszędzie indziej.

Przez lata myślałem o sobie jako o użytkowniku Tindera. Człowieku, który korzysta z narzędzia. Tymczasem z perspektywy platformy sytuacja wyglądała odwrotnie. Moje dane, moje preferencje, moje wzorce zachowań — każde przesunięcie palcem, każdy match, każde porzucone w połowie zdanie — to były informacje. Surowiec. Tinder uczył się na moim zachowaniu, jak lepiej uzależniać kolejnych użytkowników, jak precyzyjniej targetować reklamą, jak projektować interfejs, który trzyma przy ekranie możliwie długo. Byłem produktem. I płaciłem za dostęp do rynku, na którym sprzedawałem siebie — nie wiedząc, że właściwa transakcja odbywa się zupełnie gdzie indziej.

To jest model biznesowy zapisany w dokumentach finansowych spółki notowanej na giełdzie, a nie teoria spiskowa czy paranoja. Niestety.

Tymczasem gdy Tinder faktycznie działał — poznałem wiele ciekawych osób.

Praktycznie nie miałem nieudanej randki. Poza jedną, ze studentką historii. W pewnym momencie wtrąciła w rozmowie, że pozytywnie ocenia Francisco Franco.

Wstrząsnęło mną. Francisco Franco to generał, który w Hiszpanii dokonał zamachu stanu przeciw demokratycznie wybranej republice i rozpętał wojnę domową, która pochłonęła setki tysięcy ofiar, a potem przez blisko czterdzieści lat rządził dyktaturą — z obozami koncentracyjnymi, z egzekucjami politycznych przeciwników, z zakazem używania katalońskiego i baskijskiego w przestrzeni publicznej. To jest kwestia dokumentacji. Nie interpretacji.

Wstrząśnięty skierowałem randkę ku końcowi i odwiozłem ją pod akademik. Pożegnaliśmy się. Nigdy więcej jej nie zobaczyłem.

Dość dobrze znam historię Hiszpanii. Profesorka na stosunkach międzynarodowych, Katalonka, bardzo żywo opowiadała o koszmarze dyktatury Franco. Kiedy w rozmowie po hiszpańsku zrozumiała, że interesuje się teorią anarchistyczną — zaczęła mi przynosić kserokopie o CNT i FAI, o katalońskim syndykalizmie, o ludziach, którzy w czasie hiszpańskiej wojny domowej nie chcieli ani faszyzmu, ani komunizmu, ani monarchii. Chcieli, żeby lud Katalonii sam o sobie stanowił, sam w sensie wspólnoty. Ich marzenie runęło.

Kiedy świat dzieli się na dwa obozy i każdy wierzy absolutnie w swoją rację — sąsiad staje się wrogiem. Tak było w Hiszpanii lat trzydziestych. A ten mechanizm nie zniknął, tylko zmienił medium.

Na wczesnym YouTube trafiłem kiedyś na film o potędze polskiej husarii — niepokonanej, uskrzydlonej sile wielkiego imperium. Czułem dumę. Skakałem po kanapie, myśląc o wielkiej Polsce. To było uczucie, które kochałem, mimo że nie umiałem go jeszcze nazwać: coś, co kocham, ale na co nie mam wpływu — więc z miłości chcę mieć wpływ choćby przez dumę. Dopiero później doczytałem, że skrzydła husarii to w dużej mierze mit — niespecjalnie praktyczny w boju.

Te same lata dały mi odtrutkę. W sali szkolnej inny Hiszpan zmienił sposób, w jaki patrzę na historię. Nauczył mnie myśleć.

Opowiadał o tym, co korporacje robią w krajach rozwijających się. O zbrodniach Nestlé, Coca-Cola, koncernów paliwowych. O wycince lasów Amazonii, o niszczeniu całych ekosystemów pod uprawy oleju palmowego. O tym, że czekolada ma cenę, której nie widać na etykiecie. Zachęcał do zadawania pytań. Do kwestionowania status quo. Wtedy jako nastolatek nie rozumiałem jeszcze, że otrzymuję narzędzia niezbędne dziś w moim codziennym życiu. Ale to już kwestia dobrego nauczyciela, a nie programu nauczania.

Sam program dał mi za to coś innego. W moim liceum dwujęzycznym historia polska i dzieje Hiszpanii biegły równolegle — dwa oddzielne tory. Nosiłem podręczniki do obydwu. Z perspektywy narracji o Hiszpanii — Polska nie istnieje, a mapa Europy urywa się gdzieś na Odrze. Dalej: barbarzyńcy. W perspektywie narracji o Polsce — Hiszpania nie odgrywa dużej roli, może poza okresem imperialistycznej kolonizacji. To nie kłamstwo, po prostu każda narracja jest czyjąś narracją. Prawda zależy od punktu widzenia i doboru faktów.

Samotność jest prawdziwa. Potrzeba miłości jest prawdziwa. Odrzucenie boli naprawdę. I gniew, który z tego bólu wyrasta — jest autentyczny.

Ale gniew można przekierować.

Środowisko manosphere — sieć męskich społeczności w internecie — nie wymyśliło nienawiści do kobiet. Znalazło zdemobilizowanych, zranionych, często bardzo młodych mężczyzn — i powiedziało im: twój ból jest jej winą.

System wypycha ludzi poza margines, a oni znajdują ukojenie w zmonetyzowanych społecznościach, które jak sekta dają proste recepty na skomplikowane problemy.

Ich ból jest prawdziwy. Adres, pod który go wysyłają — zmyślony.

Adolescence — serial Netflixa z 2025 roku, nakręcony w czterech długich ujęciach bez cięcia, arcydzieło technicznie i boleśnie trafne merytorycznie — opowiada o trzynastolatku, który zabija koleżankę po tym, jak go odrzuciła i nazwała w socialach incelem. Eksperci od radykalizacji online potwierdzają: to nie jest fikcja, to dokumentacja mechanizmu. Chłopcy nie szukają nienawiści. Algorytmy ją do nich przynoszą — przez wyszukiwania o poczuciu własnej wartości, przez filmy o tym, jak „zostać lepszym mężczyzną”, przez stopniowe przesuwanie granicy tego, co jest normą, a co żartem. Algorytm nie wie, co robi. On tylko optymalizuje zaangażowanie. A treści wywołujące gniew generują więcej zaangażowania niż treści wywołujące spokój.

Ja te treści widziałem. Wiem, jak wyglądają. Wiem, jak działają. Ale wiedza nie jest szczepionką — sam wsiąkłem, tylko w inny gniew, na innej platformie, przekonany, że mój akurat jest słuszny. Mechanizm nie pyta o treść.

Jest jednak w mojej rodzinie osoba, bliska mi — która nie wiedziała, jak to działa. Gdy zapytałem, skąd czerpie wiedzę o świecie, odpowiedziała bez zastanowienia: z TikToka. „Telewizji już nie oglądam”. Z TikToka wyniosła nienawiść i strach. Nie dlatego, że jest złym człowiekiem. Dlatego, że algorytm to jej podsunął. Dawkował. Wiedział, że te treści wywołują w niej emocje — i podawał ich więcej. Ona czuła gniew. I nie wiedziała tak naprawdę na kogo.

To mnie smuci. Głęboko, osobiście — bo rodzina jest też formą miłości. I system, który rozbija ją przez algorytmiczną radykalizację, jest systemem, który atakuje coś fundamentalnego w polskich rodzinach — i tak już wcześniej podzielonych polaryzacją PO/PiS.

Rodzina to dla mnie nie drzewo genealogiczne. Nie formalność krwi. Kochać rodzinę to dbać o więzi, które są żywe — zbudowane na wspólnej historii, na przeżyciach, na tym, jak spędzamy razem czas i jak się przy sobie czujemy. Same więzy krwi nie są jeszcze relacją. Relacją staje się to, co między ludźmi naprawdę płynie.

Rodzina bywa inspiracją. Mój wujek ma refleks komediowy, jakiego nie spotkałem u nikogo innego. Dystans i zdolność znalezienia czegoś zabawnego w ułamku sekundy — niezależnie od tematu. Niedawno, przy rozmowie o polowaniach na czarownice, rzucił bez wahania: „nie wiem, czy to aż takie złe było do końca”. Śmiałem się, zanim zdążyłem się oburzyć.

Staram się pielęgnować to, co dobre — i pozwalam sobie odpuścić to, co zatruwa. Z troski. Bo najbliższe więzi to jedna z niewielu rzeczy, które w całym tym systemie naprawdę są nasze. I mamy wpływ na ich jakość.

Algorytmy są projektowane, ale ich działanie jest tajne. Absurdalna jest bierność europejskich narodów w zakresie kontroli nad amerykańskim sektorem prywatnym nowych technologii, które pozbawiają nas suwerenności. Gniew generuje zasięg, zasięg generuje pieniądze, władzę — i ochronę dla tych, którzy mają dość pieniędzy, żeby kupić sobie wpływ.

Tinder jest prywatną firmą, której celem jest zysk. Jej model biznesowy opiera się na tym, że zostajesz na platformie — a zostajesz, kiedy nie możesz się zmatchować. Sukces użytkownika jest porażką aplikacji. To wynika wprost z logiki monetyzacji.

Za demografię powinno odpowiadać państwo polskie. Rząd jednak pozwala, żeby rynek samotności był zarządzany przez platformy, których interes jest dokładnie odwrotny do deklarowanego celu.

Samotność jest problemem publicznym. Monetyzacja samotności jest problemem publicznym. Odpowiedź musi być publiczna.

W filmie Perfect Sense (2011) świat traci kolejno zmysły. Najpierw węch. Potem smak. Potem słuch. Na końcu wzrok. Każda utrata poprzedzona jest falą emocji — najpierw terror, potem głód, którego nie można nasycić niczym, co istnieje, który rozrywa od środka — a potem spokój. Przyjęcie tego, co zostało.

Na końcu jest ciemność. I dwoje ludzi, którzy czują swój oddech. I wiedzą wszystko, co trzeba wiedzieć.

To jest odpowiedź na pytanie, czym jest miłość. Nie definicja, nie teoria, nie algorytm. Obecność. Ciepło. Wspólna ciemność, w której nie jesteś sam.

Tego nie da się zmonetyzować, choć wszyscy próbują.

Spędziłem tę książkę, snując rozmyślania o naturze systemów. Ale między zrozumieniem mechanizmu a jedną nocą, w której ktoś trzyma cię i wiesz, że jesteś bezpieczny — wybieram noc.