Jesteśmy z Tytanu Kuba Kołaciński

PRZYSZŁOŚĆ

„If there is no tomorrow, then there never was a today.” — Shrotthagen, Strom der Zeit

Szósty dzień zamieci piaskowej. Za kilka dni powinien kończyć się sierpień. Jest wtorek lub środa, straciłem rachubę.

Ostatni powerbank wskazuje jedną kropkę z czterech, a piszę na rozładowanym telefonie. Jeśli to czytasz, to znaczy, że zdążyłem.

Wody mam już tylko na trzy dni. Jedzenia nie mam.

Wejście się zawaliło tydzień temu — gruz, nie do przejścia. Przedwczoraj słyszałem coś na górze, ale nikt mnie nie słyszał.

Ojciec umarł kilka miesięcy temu.

Nie umarł heroicznie. Nie umarł broniąc czegoś ani walcząc o coś. Ukradli nam insulinę — ostatnie zapasy, trzymane w chłodnym miejscu, pilnowane jak kosztowności — i to był koniec. Cukrzyca bez insuliny trwa kilka dni. Nie było nic do zrobienia.

Potem siostra. Sepsa — drobne skaleczenie, brak antybiotyków. Odeszła w jeden wieczór.

Jestem teraz sam. Myślę o jej synu — ma kilkanaście lat, był z nią, gdy to się stało. Ale rozdzieliliśmy się. Nie wiem, co się z nim dzieje. Staram się o tym nie myśleć zbyt długo, bo gdy myślę zbyt długo, przestaję pisać i zaczynam się trząść i to nic nie daje.

Jak to się stało — to jest pytanie, które zadaję sobie w ciemności. I dokumentuję co pamiętam.

Najpierw była reglamentacja prądu. 20 godzin dziennie z prądem, później 18, wreszcie 12 — przerywane tak, żeby lodówki nie zdążyły się rozmrozić. Organizowaliśmy protesty, ale system energetyczny po prostu nie domagał, a pożary lasów prowadziły do awarii.

Przyzwyczailiśmy się. Człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego, jeśli zmiana jest wystarczająco powolna.

Ceny żywności tak wzrosły, że zaczęło dochodzić do zamieszek pod marketami.

Susza rolnicza ubiła ziemię tak, że woda spływa po wierzchu i powoduje powodzie.

Huragany przechodzą przez płonące lasy, których nikt już nie gasi. Tysiące miast i wiosek ewakuowanych. Kryzysy w obozach dla uchodźców.

Koszmarem lata były cykliczne fale upałów. W moim mieszkaniu w bloku grzało się do 40 stopni. Nie w południe — cały czas. Beton nagrzewa się przez dzień i oddaje ciepło przez noc, sumiennie, jak kaloryfer, którego nie da się zakręcić. Wietrzę — nic. Na zewnątrz wieczorem 25 stopni, w środku 35. Fizyka nie negocjuje. Pies ratował się na panelach, w najchłodniejszym punkcie, który znalazł metodą prób i błędów, i oddychał szybciej, niż powinien. Patrząc wtedy na niego, myślałem, że on nie wybrał ani tego klimatu, ani tego bloku, ani tej dekady.

Polskie budownictwo było zaprojektowane na klimat, którego już nie ma. Bloki miały trzymać ciepło w zimie — i trzymają je uczciwie także w lecie. Klimatyzacji nie ma, bo nigdy nie była potrzebna. Później stała się tańsza, aż w końcu, w efekcie popularyzacji, załamała system energetyczny całego kraju.

Gdy zabrakło wody w kranie — cywilizacja się rozwiązała. Nie eksplodowała. Rozwiązała. Jak umowa, której warunki przestały być dotrzymywane przez jedną stronę. Policja miała broń, ale nie miała autorytetu — bo autorytet bierze się z usług, a usług nie było. Szpitale działały na generatorach przez miesiąc, potem generatory potrzebowały paliwa, którego nie było. Banki — bez sensu mówić o bankach. Pieniądz przestał być czymkolwiek, gdy nie było czego kupić.

Gangi złożone z byłych kibiców. W apokalipsie nie ma miejsca na derby. Gangi potrzebujące zasobów, walczące o terytorium, a między nimi ludzie, którzy tylko chcieli przeżyć. Znaleźliśmy się między.

Myślę o prysznicu.

Siedzę w ciemności i myślę o tym, jak wchodziłem rano pod gorącą wodę i stałem pięć minut dłużej niż trzeba, bo było ciepło i dobrze, i nie chciało mi się wychodzić. Myślę o tym z czymś, co nie jest żalem — jest zdumiewaniem. Że to było normalne.

Wody nie zabrakło przez to, że kąpaliśmy się zbyt długo. Zabrakło dlatego, że pozwoliliśmy, aby system doprowadził nasz świat do ruiny. Straciliśmy kontrolę.

Myślę o McDonaldzie.

Nie o śmieciowym żarciu, ale o tamtym wspomnieniu.

Grudzień 2019, przed siódmą rano. Stoję przed zamkniętymi drzwiami i czekam, aż otworzą. Jestem głodny i przekonany, że mam problemy. Kocham nieszczęśliwie. Mam poczucie braku wpływu. Bez pracy i celu w życiu. Samotny — tamtego roku rozpadły mi się dwie paczki znajomych, a wiosną umarła bliska mi osoba z partii. I w głowie raporty o końcu świata. Wściekły, że nikt nie słucha.

Nie wiem, czy tamta samotność przypominała tę dzisiejszą. Chyba nie. Tamta miała jeszcze dokąd się cofnąć.

Oddałbym wszystko, żeby tamten poranek został najgorszą rzeczą, jaka mi się przydarzyła.

Tamten chłopak pod McDonald’s miał jedzenie za szybą. Musiał tylko poczekać, aż otworzą.

Myślę o Jake’u.

Odszedł wczoraj. Nie chcę zapisywać, jak. Tęsknię za stukaniem jego łapek o parkiet. Za ciężarem jego głowy na kolanie. Za tym, jak oddychał obok mnie w nocy — taki spokojny, taki pewny, że wszystko jest dobrze, bo ja jestem obok.

Chciałbym jeszcze raz wyjść z nim na spacer. Byle którą trasą.

Nie skończyłem tekstu, nie skończyłem książki.

Pisałem ją latami. Odkładałem, wracałem, bałem się ukończyć — bo bałem się, że będzie niewystarczająca, że za mało powie, że za słabo uderzy, że za dużo o mnie, że za mało o mnie, że nie będę zrozumiany. I tak odkładałem, aż skończyło się wszystko inne, wszystko przestało mieć znaczenie, nic z niczym już nie zrobię.

Pisałem o systemach, o tym, jak system zmienia cię, zanim zdążysz to zauważyć. O algorytmach i aktywizmie i klimacie i miłości i psie. Miałem ją skończyć. Nie skończyłem.

Jeśli ją czytasz — to znaczy, że żyjesz w innej rzeczywistości niż ta, w której piszę. Że coś poszło inaczej. Że dałem radę — ta wersja mnie, gdzieś — przełamać strach i oddać ją w ręce czytelnika. Tej wersji mnie gratuluję.

Nie doceniliśmy czasu.

Mieliśmy czas i nie doceniliśmy go. Mieliśmy raporty, mieliśmy dane, mieliśmy szczyty klimatyczne i aktywistów przyklejonych do asfaltu i książki i filmy i ludzi, którzy krzyczeli. Mieliśmy wszystko, co potrzebne, żeby zrozumieć — i rozumieliśmy, wielu rozumiało — ale rozumienie nie wystarczyło.

Nie wiem, co by wystarczyło.

Byłem tu. Próbowałem. Kochałem to życie bardziej niż potrafiłem przyznać to przed sobą, gdy bywało dobrze.

Kochałem kawę rano, psa przytulającego mnie w łóżku, spacery bez celu, rozmowy do późna, śmiech z głupot.

To wystarczyło. To więcej niż wystarczyło.

Podziękowania

Są osoby, bez których ten tekst by nie powstał — i bardzo Wam dziękuję. Ta książka nie jest tylko moim indywidualnym głosem. Niezależnie, jak długa i głęboka była nasza relacja — noszę wszystko ze sobą. Każda i każdy z Was zostawił w niej coś, nawet jeśli tego nie wie.