SIEĆ
„W nocy z piątku na sobotę, od północy do szóstej. Rytm. Puls. Dźwięk. Bez snu, bez zmęczenia. Nocny Trans.” — Adam Kołaciński, intro programu Nocny Trans (1998-2008)
Czasem w środku nocy myślę o starej teorii martwego internetu.
Krąży od lat w niszowych zakątkach sieci, w miejscach, które same w sobie są jakimś dowodem na to, że stary internet jeszcze oddycha: długie wątki na forach, zapomniane blogi, komentarze pisane przez kogoś, kto nie oczekuje odpowiedzi.
Teoria mówi, że większość ruchu w internecie nie pochodzi już od ludzi. Że za sprawą algorytmów, botów, zautomatyzowanej treści i generowanych przez AI komentarzy — prawdziwych głosów ludzkich jest coraz mniej. Że internet stał się teatrem, w którym publiczność jest sztuczna, a aktorzy grają dla pustej sali.
Kiedy ta teoria krążyła po niszach, można ją było zbywać jako fantazję. Dziś już nie bardzo. Około połowy ruchu w sieci generują automaty — boty, skrypty, AI.
Internet mojego dzieciństwa i wczesnej młodości był rozproszony, chaotyczny, brudny i nierówny — ale żywy i autentyczny. Każda strona, którą odkrywałem surfując w nocy, należała do kogoś. Ktoś ją zrobił, ktoś ją aktualizował, ktoś zostawił tam kawałek siebie. Były to małe terytoria, zaznaczane pieczołowicie przez zapaleńców — entuzjastów kultury i nauki, tłumaczy seriali, zajawkowiczów. Nikt nie liczył ROAS. Było coś lepszego: licznik wizyt i księga gości.
Potem platformy (anty)społecznościowe znalazły sposób, żeby to wszystko wchłonąć. Scentralizować. Zmonetyzować. I powoli — nie od razu, tak się nigdy nie dzieje od razu — to co było żywe, stało się infrastrukturą dla czegoś innego. Dla reklam. Dla danych. Dla algorytmów, które decydują, co zobaczysz, zanim jeszcze zdążysz zapytać. Czuję, że żyję w trzeciej fazie gównowacenia internetu i właściwie wszystkiego, co nas otacza. To boli.
Zaczęło się w radiu.
Przez długi czas Radio Łódź było przestrzenią, wokół której organizowało się pewne życie. Kultowe audycje, goście, twórcy, artyści. I wśród tych audycji była jedna, która dla mnie miała szczególne znaczenie — Nocny Trans. Program szedł w nocy z piątku na sobotę, od północy do szóstej, z muzyką drum’n’bass. Piętro wyżej nad pokojem ojca DJ-e grali na żywo mocne techno, które niosło się w głośnikach. Dziś — teraz — techno dopinguje mnie w przelewaniu moich myśli na tekst.
W domu nie było jeszcze ani komputera, ani internetu. Dla większości polskich rodzin internet był rzeczą, którą się odwiedza w kafejce internetowej. Ja go odwiedzałem w nocy, przy muzyce techno, gdy ojciec piętro wyżej prowadził swoją audycję.
To był internet w jego prymitywnej postaci. Strony ładowały się długo. Grafiki pojawiały pasek po pasku, od góry do dołu. Na klipy wideo trzeba było poczekać — chwilę się ładowały. Były gify, były społeczności, były zapowiedzi filmów pobierane w rozdzielczości, której dziś nie zaakceptowałby telefon. Przeglądałem Allegro zanim Allegro stało się czymkolwiek ważnym. Czytałem o pokemonach, o Star Wars, o Dragon Ball. Zachodziłem na strony, które ktoś sklecił z miłości do czegoś — i zostawiał dla nieznajomych.
Po każdej takiej nocy ojciec wypalał mi płytę. Albo dyskietkę — to co się zmieściło. Pobrane obrazki, gif-y, teksty, mp3. Potem w szkole wymienialiśmy się tymi dyskietkami z kolegami — tak jak dziś przesyła się linki, ale wolniej, namacalniej, z jakimś fizycznym ciężarem, który sprawiał, że wydawało się to ważniejsze. Nasze pierwsze memy. Nasze pierwsze udostępnianie treści. Zanim ktokolwiek używał tych słów w tym znaczeniu.
Drum’n’bass w tle. Ja przy ekranie, w środku nocy, z poczuciem, że odkrywam coś niezmierzonego. Rytm. Puls. Dźwięk. Ocean możliwości.
Pierwsza społeczność. Pierwsze forum. Pierwszy nick.
Miałem może dziesięć lat, kiedy odkryłem, że Pokemony — zjawisko z każdego szkolnego korytarza tamtych lat — mają swoje życie również w internecie. Że jest środowisko, miejsce, gdzie można być fanem razem z kimś, kogo nigdy się nie spotka. Zarejestrowałem się na forum, wybrałem nick: PoKeFAN. Prosto, bez owijania w bawełnę. Jeszcze nie wiedziałem, że nicki są tożsamościami, do których się wraca — i że buduje się na nich reputację.
Potem był Stargate SG-1.
Ten serial oglądała wspólnie cała moja rodzina — w niedzielę, kiedy telewizja jeszcze była rytuałem, a nie tłem. Była wtedy łącznikiem kulturowym: wszyscy oglądali to samo w tym samym czasie i można było o tym pogadać w szkole.
Powtórki Stargate w TVN szybko przestały nam wystarczać, więc ojciec przynosił z pracy nagrane na płytach CD odcinki pobrane z FTP. Piractwo było wtedy w Polsce czymś zyskującym popularność — nie z braku szacunku dla twórców, ale z braku dostępu. Oficjalne kanały dystrybucji kultury były wąskie, drogie, spóźnione o sezony. Ludzie wymieniali się płytami, nagrywali z telewizji, kopiowali sobie nawzajem. I wokół tego wyrosło całe podziemie — amatorskie napisy do seriali i filmów, robione przez fanów dla fanów, z których wielu zostało później tłumaczami zawodowymi. To trwało aż do momentu, gdy w Polsce pojawiły się pierwsze platformy streamingowe i dostęp do kultury przestał wymagać zaradności. To był przemysł kulturowy bez przemysłu — czysta praca z miłości do materiału.
Rejestrując się na forum fanów Stargate wiedziałem już, że nick to coś poważniejszego. Wybrałem imię z serialu. Fałszywy bóg, jeden z głównych antagonistów. Militarysta, totalitarysta, ktoś, kto przybiera boską tożsamość, żeby kontrolować innych. Totalnie paradoksalne imię jak na przyszłego aktywistę.
Ale musiałem zmodyfikować nick o dodatkowy znak — czysta nazwa była już zajęta. Z tym znakiem zostałem do dziś. To pierwszy mój dowód, że w internecie zawsze ktoś był przed tobą.
Na forach skupionych wokół seriali, gier, projektów rozmawiało się właściwie o wszystkim. O polityce, o muzyce, o tym, co było w szkole, o tym, czego nie można było powiedzieć w realu. Forum było przestrzenią, gdzie anonimowość dawała dziwną wolność. Wolność bycia poważnie traktowanym niezależnie od wieku. Wolność mówienia rzeczy, które gdzieś indziej brzmiałyby dziwnie.
Hail PHP by Przemo. Hail Przemo. Kimkolwiek jesteś, stary.
A Tibia weszła przez przypadek, gdy już byłem w gimnazjum z dostępem do internetu w domu.
Grałem w demo Unreal Tournament 2004 — strzelankę, kilka map na płycie dołączonej do mojego ulubionego wtedy magazynu CD-Action. Na koniec jednej z sesji na czacie odezwał się ktoś po polsku. Odpisałem. Wymieniliśmy się numerami Gadu-Gadu — komunikatora, który dla całego polskiego pokolenia był internetem w jego najbardziej intymnej formie: małe okienko, mała ikonka, obecność lub nieobecność.
Nowy kolega powiedział mi o grze Tibia. Darmowe MMORPG, prymitywna grafika, setki tysięcy graczy na całym świecie. Wciągnął mnie w to — i przez długi czas Tibia była dla mnie środowiskiem. To było drugie życie, inny świat. Ze swoją geografią, ze swoją historią, z miejscami do których się przychodziło, z konfliktami, które trwały miesiącami, z sojuszami, które zawiązywały się i pękały. Wszystko organicznie — prowadzone przez społeczność graczy.
Wokół gry były społeczności, w tym forum. Byłem na nim aktywny w dyskusjach, ale robiłem też coś, z czego jestem dumny do dziś: komiks osadzony w świecie gry. Sklejałem sceny, pisałem dialogi, publikowałem kolejne odcinki. Był popularny. Ludzie czekali na kolejne części. Dostawałem komentarze, pytania, ponaglenia. Na forum nosiłem imię mojego paladyna z gry, wymyślone przy pomocy rodziców, którzy zaproponowali coś impulsywnie. Ja dodałem literkę — i dwa impulsy stały się częścią mojej tożsamości.
Ale bardziej niż ten komiks na forum to pamiętam kolesia, który mi o Tibii powiedział. W grze i na GG rozmawialiśmy długimi wieczorami — o grze, o życiu, o wszystkim. Byliśmy nastolatkami, którzy przez przypadek trafili na siebie w wirtualnym korytarzu. Pewnej nocy napisał do mnie w strachu. Jego pijany ojciec dobijał się do zabarykadowanego pokoju. On pisał do mnie. Bał się o siebie i o swoją siostrę.
To było realne. Człowiek po drugiej stronie ekranu w realnym niebezpieczeństwie — i ja kilkaset kilometrów dalej, z poczuciem całkowitej bezsilności. Pisałem, że jest okay, że dasz radę, że jesteś bezpieczny — nie wiedząc, czy to prawda. Internet był połączeniem — ale był też granicą, której nie dało się przekroczyć. Tamtej nocy poczułem tę granicę fizycznie.
Przeszło. Był okay. Ale tamta noc została.
Przez internet poznałem wielu ludzi — i przez internet dotarłem do ich życia w sposób, który w normalnych warunkach społecznych nie byłby możliwy. Sieć skracała dystans, usuwała konteksty, w których normalnie nie rozmawiałoby się szczerze. Przy ekranie ludzie pisali rzeczy, których nie powiedzieliby w twarz. Nie wiem, czy to zaleta, czy wada. Myślę, że jedno i drugie.
Dorastałem między blokami. Cały przełom tysiącleci: rowery, rolki, zabawy w bazy, kolana starte o asfalt, bieganie za piłką do późna. Byłem dzieckiem offline — i to znaczące słowo, bo nie każde dziecko tamtego czasu nim było. Były już wtedy takie, które wolały zostać w domu. Ja wolałem podwórko.
W gry online wciągnąłem się dopiero w gimnazjum — i był ku temu powód. Przeprowadzka. Nowa szkoła. I utrata wszystkich relacji, które do tej pory budowałem przez wspólną fizyczną przestrzeń. Koleżanki i koledzy z podstawówki rozproszyli się — nie przez kłótnię ani zdradę, po prostu przez zmianę adresów. Tak to działa w tym wieku: przestrzeń jest wszystkim.
Nowa szkoła była obca. Internet był dostępny. Wycofałem się — nie z lenistwa, nie z niechęci do świata — z potrzeby kontaktu z ludźmi. Po prostu szukałem tego kontaktu. Przestrzeni, gdzie można być. Gdzie można mówić. Gdzie ktoś słucha.
Coraz więcej czasu zacząłem więc spędzać przed komputerem. Komunikacja tekstowa z Gadu-Gadu szybko ewoluowała w rozmowy głosowe na Skype i TeamSpeak.
TeamSpeak to była rewolucja komunikacji online. Prototyp Discorda. Program ściągało się za darmo, instalowało na komputerze i rozmawiało z innymi graczami w trakcie rozgrywki. Tylko głosy — przez mikrofon, często z szumem w tle, czasem z rodziną krzyczącą coś z drugiego pokoju.
Spędziłem na TeamSpeaku tysiące godzin — wieczory, noce, weekendy. Planowałem strategie w grach z ludźmi, których nigdy nie widziałem. Śmiałem się z żartów, których nie pamiętam. Słyszałem głosy kolegów z Cypru, z Francji, z Włoch, z UK, ze Słowenii. Głosy, które kojarzyłem z konkretnym stylem grania, konkretnym poczuciem humoru, konkretnym kontekstem. Wspólnota bez twarzy — ale z głosem. Głos jest bardziej intymny niż tekst. Oddaje zmęczenie, rozczarowanie, radość. Śmiech przez mikrofon to śmiech prawdziwy.
The Old Republic — MMORPG, w które grałem przez kilka lat studiów — był dla mnie tym, czym Tibia była wcześniej: nie tyle grą, co miejscem. Byłem w gildii, a na naszym serwerze ludzie chcieli ze mną współpracować, bo pracowałem w niszy — byłem jednym z niewielu tanków skupionych na PvP. Byliśmy sobie obcy, a jednocześnie nie całkiem. Chwilowa wspólnota — ale niektóre chwile zamieniają się w lata.
Kolejnym takim miejscem był Last.fm.
Serwis Last.fm śledzi, czego słuchasz, i łączy z innymi na podstawie muzyki. Algorytm rekomendacji podpowiada zespoły i innych użytkowników. Algorytm prosty, przejrzysty, bez poczucia, że ktoś cię śledzi. Prosta idea: jeśli słuchacie tego samego, to może chcecie się poznać.
Poznałem tam swoją pierwszą dziewczynę. Zaczęło się od muzyki — te same gatunki, ci sami wykonawcy. Potem okazało się, że łączy nas więcej: pasje, fascynacje, sposób myślenia o świecie. Połączył nas też — choć dowiedzieliśmy się o tym znacznie później, po diagnozach postawionych każdemu z osobna — ADHD. Ta sama chaotyczna intensywność. Ta sama potrzeba głębokiego wejścia w każdy temat, który przykuje uwagę.
Jeździliśmy do siebie co weekend, Łódź-Warszawa i z powrotem. Związek zbudowany przez internet, podtrzymywany przez pociągi i Skype — z opóźnieniem w audio i zamrożonym obrazem, kiedy łącze nie dawało rady.
Internet nie jest gorszym medium budowania relacji niż offline. Jest innym — i wymaga precyzji: kiedy nie masz mowy ciała ani tonu głosu, musisz pisać dokładniej. Do dziś mam z tym dużą trudność.
Na Last.fm mam wciąż konto, choć sama platforma to cmentarzysko porzuconych profili. Wciąż skrobluję muzykę (zapisuję dane w systemie Last.fm). Mój nick tam to nick, który nadałem kilka lat wcześniej swojemu paladynowi w Tibii. Wzorce. Historia kołem się toczy.
Bastion. Polskie forum fanów Star Wars.
Tu spędziłem chyba najwięcej czasu ze wszystkich forów, na jakich byłem. Nie pamiętam już wszystkich wątków ani wszystkich nicków — ale pamiętam atmosferę. Ta społeczność traktowała Star Wars poważnie: nie tylko jako rozrywkę, ale jako mit, jako narrację, przez którą można rozmawiać o rzeczach poważniejszych. Dobro i zło. Władza. Opór. Poświęcenie. A dyskusje o Imperium i Rebelii były w swej istocie dyskusjami politycznymi.
W 2008 roku kilkoro z nas — poznanych przez internet, przez Bastion — postanowiło spotkać się w realu. Premiera Wojen klonów. Łódź. Zgadujemy się przez forum, spotykamy pod kinem. Obcy do tej pory przez ekran — teraz stojący obok siebie na chodniku.
Zostaliśmy paczką znajomych. Spotykaliśmy się regularnie. Chodziliśmy razem na kolejne filmy, graliśmy w figurkowe bitewniaki i paintballa. Internet był narzędziem — ale relacja stała się czymś innym. Czymś, co miało ciężar, miało twarze i logo. Łódzki fanklub fanów Star Wars założony przy piwie i entuzjazmie, z tego, co widzę w sieci — istnieje do dziś. Mnie w nim już nie ma od lat. Ale przestrzeń do spotkań pozostała. To fajny wpływ.
Prowadziłem też mały projekt w ramach internetowego eksperymentu, gdzie społeczność budowała własny, fikcyjny system polityczny — z wyborami, partiami, kampaniami marketingowymi. Prowadziłem tam poczytną gazetę. Miałem wpływ na ten mikroświat, długo zanim miałem jakikolwiek wpływ na prawdziwy.
Oprócz gier i forów był też internet-encyklopedia.
Od dziecka kochałem czytać encyklopedie — najpierw papierowe, potem kilka w formie interaktywnej książki zapisanej na płycie CD. Gdy internet stał się codziennością, zaczytywałem się obsesyjnie w Wikipedii. Pamiętam moment, kiedy późną nocą, skacząc po hasłach, trafiłem na „lewicę”. Próbowałem poukładać sobie to, co słyszałem w wiadomościach, co rozmawiało się przy kolacji, co krzyczało z billboardów przed wyborami. Wikipedia dała mi pierwszą siatkę — uproszczoną, płaską, ale istniejącą. Pierwszy język dla podziałów, które wcześniej tylko czułem.
Potem czytałem dalej i coraz szerzej — o teoriach politycznych, o ruchach pracowniczych, o klimacie, o ekonomii, która nie udawała, że rynek rozwiąże wszystko. Cała moja późniejsza wędrówka po „-izmach” zaczęła się od nocnego czytania w sieci.
Przyszedł też czas na forum o zjawiskach paranormalnych i UFO. Nie wstydzę się tego — to był kolejny etap w tym samym ciągłym ruchu: chciałem rozumieć świat, a to, co nieznane, było najbardziej kuszące. W takich środowiskach kwitły teorie spiskowe w swojej naturalnej formie — nie jako złośliwy sabotaż polityczny, ale jako ludzka potrzeba narracji, która wyjaśnia to, co wydaje się niewyjaśnialne. Zobaczyłem, jak to działa od środka. Jak łatwo w to wejść. Jak logika jednego kroku prowadzi do następnego. Jak wspólnota tych, którzy „wiedzą więcej”, daje poczucie przynależności, wyjątkowości, bezpieczeństwa.
Tę naukę — o tym, jak działają teorie spiskowe, jak propaganda wchodzi przez drzwi ciekawości — zabrałem ze sobą. Przydała się mnie i przyda się nam w tej intelektualnej podróży, na którą cię zabrałem.
Robiłem też YouTube.
Wczesny YouTube — zanim był biznesem, zanim był infrastrukturą reklam. Kiedy był miejscem, gdzie ludzie wrzucali filmy dlatego, że chcieli je wrzucić. Bez monetyzacji i bez strategii contentowej. Wrzucało się dlatego, że się chciało — i ktoś to oglądał dlatego, że chciał.
Miałem zajawkę na Star Wars i zajawkę na montaż. I kiedy dwie fascynacje trafiają na siebie w odpowiednim momencie, coś z tego wychodzi. Znalazłem program do edycji wideo. Nauczyłem się sam — przez próby, przez błędy, przez oglądanie, co inni robią, i próbowanie lepiej. Zacząłem montować klipy z materiałów z filmów i seriali Star Wars z epicką muzyką w tle. Odpowiednie tempo cięć, odpowiednie narastanie muzyki w stosunku do obrazu, odpowiednie momenty wyciszenia.
Wrzuciłem pierwszy film, a potem kolejny. I zaczęły się wyświetlenia. Miliony. Siedziałem sam przy biurku, robiąc coś głównie dla siebie — i okazało się, że to coś jest dla milionów nieznajomych.
Dzięki sztuce czułem, że moja wrażliwość na obraz i dźwięk, moje wyczucie rytmu, moje wyobrażenie o pięknie kina — jest nie tylko moje, lecz wspólne.
To było też potwierdzenie, że istnieje jakaś przestrzeń między mną a resztą świata, gdzie możemy się spotkać. To, co czuję, nie jest moją prywatną halucynacją — jest komunikowalne. Wrażliwość — konkretna, estetyczna, moja własna — ma widzów.
To było pierwsze spotkanie z zasięgiem, długo przed Instagramem.
Potem przyszedł ban. Wiadomość od YouTube — naruszenie praw autorskich. Sony Music Entertainment. Jeden z kawałków muzycznych w jednym z klipów. Konto zawieszone. Materiały niedostępne. Miliony wyświetleń — i koniec.
System, który mnie wyrzucił, nie powiedział: dziękujemy za pracę. System, który mnie wyrzucił, powiedział: złamałeś zasady. Zasady, które chroniły coś, co nie było moje — i za co ja, tworząc bezpłatną promocję tych treści dla milionów widzów, nie dostałem nic.
Kilka lat później YouTube wprowadził monetyzację dla twórców. Wkrótce potem — powstaje Content ID, czyli system, który identyfikuje muzykę w klipach i zamiast banować, kieruje przychody z reklam do właścicieli praw. Zamiast mnie wyrzucać, teraz by na mnie zarabiał. Ja nadal bym nie dostał nic — ale przynajmniej mógłbym zostać i tworzyć.
System najpierw cię banuje — bo jesteś użyteczny w sposób, którego jeszcze nie opanował. Potem cię monetyzuje — bo nauczył się, jak na tobie zarabiać. Twoja twórczość, twój czas, twoja wrażliwość — to są surowce. Nie jesteś twórcą. Jesteś dostawcą. Różnica nie zawsze jest widoczna od środka.
Zniechęciłem się do montażu. Nie całkowicie i nie na zawsze — bo umiejętności zostały. Montowałem potem etiudy w szkole filmowej. Montowałem pierwsze wideo-memy na Instagramie.
Ale YouTube był moim miejscem tylko chwilowo. System to unaocznił w sposób trudny do zignorowania: jest twoje, dopóki nie jest nasze.
Żadne z tych miejsc nie należało do kogoś, kto chciał na nim zarobić. Fora, na których siedziałem latami, tworzyła za darmo sama społeczność, z pasji do tematów. Napisy do seriali robili ludzie, którzy nie wzięli za to złotówki. Łódzki fanklub powstał przy piwie i istnieje do dziś, choć nikt nigdy nie policzył jego zasięgu. Mój komiks czytały setki osób, a klipy wideo zobaczyły miliony. Wszystko to działało, bo nie było jeszcze produktem.
Każde środowisko, które traciłem, motywowało mnie do szukania kolejnego. Każda porzucona zajawka zostawiała po sobie lukę, którą wypełniałem czymś innym. Dyskietki z gifami wychowane do filmów YouTube, filmy YouTube do postów na Instagramie, posty na Instagramie do tej książki.
Nicki zostawały. Nie są przeszłością zamkniętą w nawiasie — są kolejną warstwą tej samej tożsamości, wciąż dostępną, wciąż aktywną gdzieś w sieci. Tożsamość budowana przez kolejne wcielenia jest spójna, działa w synergii.
Przechodząc od środowiska do środowiska miałem niewiele stałych. W gruncie rzeczy stała jest tylko moja bliska rodzina oraz moi trzej kumple — poznani w gimnazjum przez wspólne granie, przez wieczory na TeamSpeaku. Kumple są w moim życiu najdłużej, bo ze dwie dekady, choć z chwilą przerwy i stopniowym rozjazdem w priorytetach. Ideologicznie też jesteśmy praktycznie wszędzie indziej — inne wizje świata, a jednak z nimi czuję się swobodnie. Nie muszę tłumaczyć kontekstu. Nie muszę uzasadniać, kim jestem.
Dziś trudniej nam się zgadać na granie — praca, obowiązki, inne pasje. Ale fundament przetrwał. Fundament z czegoś, czego algorytm nie monetyzuje: ze wspólnie spędzonego czasu, z TeamSpeaka o drugiej w nocy, kiedy, grając w Tibię, musieliśmy mówić szeptem, bo rodzice spali dwie ściany dalej.
Kiedy dziś myślę o teorii martwego internetu — czuję coś, co jest trudne do artykułowania. To nie jest nostalgia za technologią. Technologia była niższa, wolniejsza, bardziej zawodna. To nie jest nostalgia za młodością — choć pewnie jakiś jej element tam się wkrada.
To jest żałoba za strukturą. Za modelem, w którym internet był przestrzenią, którą się zamieszkiwało. Fora były miejscami z historią, z moderatorami, którzy znali wszystkich, z wątkami, które ciągnęły się przez lata. Kanały YouTube były dziennikami kogoś, kto miał coś do powiedzenia — nie produktami zoptymalizowanymi pod retencję. Last.fm łączyło na podstawie smaku, nie na podstawie przewidywanego zachowania zakupowego.
Enshittification to nie tylko problem biznesowy. To problem egzystencjalny dla kogoś, kto zbudował część swojej tożsamości na przekonaniu, że internet to wspólna przestrzeń. Że twój wkład w nią — komiksy, klipy, komentarze, posty — należy do sieci, do społeczności. Nie do platformy.
Ale to, czego się nauczyłem w tamtych społecznościach — czytać systemy od środka, rozumieć, jak działa wspólnota i jak działa manipulacja, jak tworzyć coś, co ktoś chce zobaczyć, jak mówić w sposób, który dociera — to zostało. I to zabieram dalej, niezależnie od tego, na jakiej platformie ląduje moje kolejne wcielenie.