Jesteśmy z Tytanu Kuba Kołaciński

POGLĄDY

„Wierzę, że jesteśmy w kryzysie. Odległość między tym, co się mówi, a tym, co wiadomo, że jest prawdą, stała się przepaścią.” — Mon Mothma, Andor (2025)

Dość niedawno odbyłem kilkugodzinną rozmowę ze starym przyjacielem, który identyfikuje się jako nazista.

Jego identyfikację traktowałem w czasach młodości jako edgy charakter, próbę wyróżnienia się. Z czasem żart przestał brzmieć jak żart. Krytyka Izraela — słuszna, bo gdy państwo zabija dzieci tysiącami, słuszna jest krytyka — skręciła u niego w obszary bliższe teoriom spiskowym. Gdzieś po drodze zgubiłem moment, w którym mogłem powiedzieć: czekaj, teraz to już nie jest żart, teraz to jest światopogląd.

Nie jestem zresztą pewien, czy on sam wie, kim się nazywa. Wkręcił się w to jako nastolatek i nigdy tego nie zakwestionował — a etykieta, której się nie kwestionuje przez lata, przestaje być etykietą i staje się rolą. Mam nadzieję, że kiedyś to zobaczy. Wiem jednak, jak trudno zmienia się poglądy.

Znam tę drogę. Kiedy zacząłem w sieci wchodzić w treści o Palestynie — czytać, komentować, udostępniać, w czasie gdy skali tego, co się tam działo, nie dało się już bronić — algorytm zaczął mi podsuwać coś jeszcze. Nie od razu. Stopniowo, krok po kroku: najpierw ostrzejsza krytyka, potem materiały o tym, kto „naprawdę” kontroluje media, w końcu treści wprost wychwalające zbrodniarza Hitlera. Z krytyką konkretnego rządu i konkretnych zbrodni nie miały już nic wspólnego. Były czymś innym — starą, dobrze opisaną narracją, która tłumaczy cały świat jedną grupą ludzi i przy okazji odwraca wzrok od tego, jak naprawdę działa system.

Takie momenty przypominają mi, jak łatwo wejść na tę zjeżdżalnię w otchłań radykalizacji.

Tamtej nocy rozmawialiśmy cztery godziny. Od konfliktów w związkach, po Ukrainę i Izrael. O tym, czy nasze pokolenie jeszcze w ogóle pamięta, jak buduje się relację długoterminową, czy już tylko reagujemy.

I w wielu punktach dochodziliśmy do tych samych wniosków. O Izraelu, o hipokryzji Zachodu, o tym, że klasy pracujące w Europie zostały opuszczone przez lewicę, która zaczęła mówić językiem, którego nie rozumie nikt poza nimi samymi. O tym, że demokracja liberalna nie wytrzymuje presji, bo zapomniała, po co jest. Dochodziliśmy do tych samych wniosków różnymi drogami. W wielu miejscach opinie krzyżowały się. To nie jest komfortowe odkrycie.

Nie przeszczepiłem mu moich poglądów. Ale coś innego w tej rozmowie było nowe. Mimo różnic nie byłem w towarzystwie wroga, tylko w towarzystwie człowieka.

Warto przy okazji nazwać granice. Słucham go, bo chcę zrozumieć mechanizm, nie bo uznaję jego wnioski za równoprawne. Nie rozciągam tej otwartości na sam pogląd — bo pogląd, że Hitler miał rację, jest po prostu błędny, moralnie i faktycznie. Rozciągam ją tylko na człowieka, który mimo tego poglądu wciąż potrafi słuchać i wątpić.

Ta granica przebiega tam, gdzie pogląd przestaje być poglądem i staje się działaniem. Gdyby on organizował, rekrutował, szkolił, krzywdził — rozmowa skończyłaby się natychmiast. Nie utrzymywałbym relacji z kimś takim. Rozmawiam z człowiekiem, który dotąd tylko mówi. W dniu, gdy zacząłby działać, przestałby być tylko rozmówcą.

Jest różnica między poglądem a postawą.

Pogląd to treść. Jestem za X, przeciw Y. Poglądy można mieć i zmieniać. Poglądy są jak ubrania — nosisz je przez jakiś czas, potem wyrastasz z nich, odkładasz, kupujesz nowe. Ktoś, kto ma te same poglądy przez całe życie, jest albo geniuszem, który wszystko rozgryzł w wieku osiemnastu lat, albo człowiekiem, który przestał się rozwijać. Statystycznie drugi przypadek jest częstszy.

Postawa to forma. Jak trzymam swoje poglądy. Czy z ciekawością czy z lękiem. Czy gotowy jestem je zrewidować czy gotowy walczyć. Czy widzę człowieka po drugiej stronie czy widzę wroga do zneutralizowania. Czy chcę zrozumieć czy chcę wygrać.

Mój przyjaciel ma poglądy, które wywołują we mnie dyskomfort. Ma też postawę, która pozwala nam rozmawiać cztery godziny bez zniszczenia niczego. Poznałem w życiu ludzi o poglądach, które dzielę w 90%, a z którymi nie wytrzymałbym godziny — bo ich postawa była taka, że każda rozmowa musiała być wygraną albo przegraną.

Moja pierwsza kartka do głosowania, 2008 rok, osiemnaście lat. Zagłosowałem na UPR Janusza Korwin-Mikke, bo fajnie gadał o gospodarce. Miał dane i charyzmę wuja, który na weselu tłumaczy ci, dlaczego państwo jest złe. Nie wiedziałem jeszcze, że charyzma wuja i trafność diagnozy to dwie różne rzeczy. Głosowałem szczerze. Potem doczytałem, że libertarianizm to jednak nie do końca dobry zestaw rozwiązań.

Miałem różne fascynacje. Chwilę kręcił mnie anarchizm, od teorii po koncerty. Mój bunt i gniew wynikał z ogólnego poczucia, że państwo kłamie, kapitał kradnie, a my powinniśmy się rozejść i zbudować coś innego. Ale gdy zacząłem w praktyce budować rzeczy i zarządzać zespołami, to zrozumiałem, że potrzebujemy strukturalnych ram, aby porządkować współczesne społeczeństwo. Nie da się tego zrobić inną drogą niż przez reformy państwowe i struktury państwa. Ale „demokratyczny socjalizm” to też tylko szuflada teorii i historii, ze swoim bagażem, ze swoimi trupami w szafie, ze swoimi uproszczeniami. Każdy „-izm” jest szufladą. Szuflada jest wygodna — porządkuje. I szuflada jest niebezpieczna — zamyka.

Kolega z liceum był pierwszym człowiekiem, który powiedział mi, że ma poglądy lewicowe — a ja usłyszałem to prawie jak wyznanie choroby. Bo w polszczyźnie „lewy” znaczy zły. Lewizna. A „prawy” to prawość. Samo słownictwo przechyla szalę, zanim zdążysz pomyśleć. I to jest część większego absurdu: nie da się ułożyć całej ideologii na kiju z dwoma końcami. A jednak ciągle próbujemy.

Przede wszystkim jestem Kuba. Mam kilka zajawek. Żaden „-izm” mnie do końca nie zamyka. Wolność od kategoryzacji i uproszczeń.

Nie ma etycznej konsumpcji w kapitalizmie. Jest to najwygodniejsze zdanie, jakie znam. Miecz obosieczny. Można nim usprawiedliwić wszystko („i tak nic nie zmienię”) albo obwiniać się o wszystko.

Na terapii dostałem kiedyś zdanie, którego nie chciałem usłyszeć: że nie mogę być zakładnikiem własnych dogmatów. Że mam impuls, żeby każdą codzienną decyzję przepuszczać przez etykę ideologiczną — i że komplikuję sobie tym życie bez pożytku dla kogokolwiek. Ideologia nie może rządzić życiem. Co nie znaczy, że wolno mi wszystko. Umowa społeczna dalej powinna porządkować to, co między nami. Ale praca jest do wykonania w relacjach, nie w koszyku zakupowym.

W państwie powinniśmy dojść do poziomu racjonalnego rozwiązywania problemów z uwzględnieniem przyczyn i skutków oraz długoterminowego planowania opartego o dane i naukę. W warunkach polaryzacji i walki o uwagę zostaje wyłącznie generowanie sztucznych podziałów i sztucznych problemów.

Moje poglądy ewoluowały. Dzisiaj trzymam wiele z nich nadal, lecz mniej pewności, że mam rację.

Eksperyment myślowy: mogłem mieć inne poglądy. Gdyby mój ojciec czytał inne książki. Gdyby w liceum trafił mi się inny nauczyciel historii. Gdybym zamiast Star Wars oglądał w dzieciństwie coś innego. Gdybym urodził się na wsi, a nie w mieście.

Moje poglądy nie są tylko moją zasługą. Są też moją geografią.

Ta świadomość nie prowadzi do relatywizmu. Nie prowadzi do tego, że wszystko jest równie prawdziwe. Niektóre rzeczy wciąż są faktami — a nie opiniami. Klimat ociepla się z winy człowieka. Demokracje przegrywają z autorytaryzmem, gdy tracą instytucje. Dzieciom niepotrzebny jest strach przed piekłem, żeby być dobrymi ludźmi. Te rzeczy wiem. Trzymam je inaczej niż wtedy, gdy miałem dwadzieścia pięć lat — ale nadal je trzymam.

Wiem, co robi dziecku strach zaszczepiony przez dorosłego. Katechetka w moim przedszkolu mówiła, że od siniaków dostaje się raka skóry — tego samego wieczoru płakałem w łazience, patrząc na posiniaczone od trzepaka i asfaltu kolana, przekonany, że umrę. Mówiła też, że nie wolno klękać na jednym kolanie, bo tak klękają żołnierze, gdy zabijają. Nie wiem, co dokładnie te zdania ze mną zrobiły. Wiem, że nic dobrego — i że mój ambiwalentny stosunek do religii zaczął się gdzieś tam, na tej przedszkolnej podłodze.

Co się zmieniło, to moja relacja z ludźmi, którzy trzymają coś innego.

Większość ludzi nie kwestionuje swoich poglądów. To nie jest ocena moralna, to jest obserwacja. Dlaczego?

Bo kwestionowanie jest drogie. Mózg zużywa dużo energii na to, co jest nowe i niepewne. Ewolucja nagrodziła tych, którzy używali skrótów — jeśli moja grupa uważa X, przyjmuję X bez sprawdzania, bo sprawdzanie kosztuje czas i uwagę, a czas i uwaga były zasobami rzadkimi w plemieniu zbieracko-łowieckim. Dziś ciągle są rzadkie, tylko z innych powodów. Kto ma pracę, dzieci, kredyt i trzeci rok przeciekającego dachu, ten nie ma mocy przerobowej na rewidowanie tego, co myśli o polityce monetarnej Europejskiego Banku Centralnego. Bierze heurystykę grupową i idzie spać.

Bo tożsamość jest ważniejsza niż prawda. Nie używamy rozumu, żeby dochodzić do wniosków. Używamy rozumu, żeby uzasadniać wnioski, które już mamy. Zmiana poglądu nie jest operacją intelektualną. Jest operacją tożsamościową. Wymaga powiedzenia: byłem w błędzie, moi ludzie byli w błędzie, moja historia o świecie była fałszywa. To jest mała śmierć. Badania obrazowania mózgu pokazują, że dysonans poznawczy aktywuje te same obszary, co fizyczne zagrożenie.

Zmiana poglądu boli tak jak złamana kość.

U mnie poglądy wciąż ewoluują. Ten ból rozkłada się na lata. Najczęściej pod wpływem rozmów i podróży. Doświadczeń.

W tym roku byłem kilka dni w Serbii, w tym w Belgradzie. Wiele budynków do dziś nosi ślady nalotów. Gdy w 1999 roku trwały naloty NATO, ja miałem dziewięć lat. Pamiętam migawki z telewizji. Niewiele rozumiałem.

78 dni bombardowań NATO. Bez mandatu ONZ. Oficjalny cel: powstrzymać czystki etniczne w Kosowie. Efekt uboczny: setki zabitych cywilów, zniszczona infrastruktura, trauma pokoleń. Czy bombardowania były uzasadnione? Serbskie siły dopuszczały się zbrodni wojennych w Kosowie, w Bośni i w Chorwacji. Srebrenica naprawdę się wydarzyła. Reżim Milosevicia dehumanizował sąsiadów — polaryzował narody.

Amerykańskie i europejskie bomby spadały jednak na ludzi, którzy nie podejmowali tych decyzji. Dziś pomnik zabitym dzieciom stoi w pięknym, odwiedzanym chętnie parku. Napis mówi o „agresji NATO”. Graffiti anty-NATO są na ścianach w całym mieście. Widziałem nawet napisy zakłamujące historię — wybielające Serbów.

Zbombardowane budynki ministerstw i telewizji stoją do dziś ze śladami bombardowania. Celowo, aby miasto nie zapomniało. Aby naród pamiętał o bólu. Historia jako narzędzie propagandy i polaryzacji w rękach kolejnych elit.

Zło nigdy nie jest po jednej stronie. Propaganda odczłowiecza i działa na każdy naród, wszędzie na świecie. Strach zamienia zwykłych ludzi w sprawców. Później normalizujemy konsekwencje i scrollujemy dalej.

Na pierwszej prawdziwej randce z osobą, z którą jestem dziś, rozmawialiśmy o tym, że historia lubi się powtarzać. Że kołem się toczy. To banał, który wszyscy znają i mało kto bierze na serio. A ja, kiedy czytam o II Rzeczypospolitej — o jej sporach, o kruchości młodej demokracji, o tym, jak łatwo osuwała się w autorytaryzm — widzę problemy żywe także dziś. Technologia zmienia trochę pole gry. Ale ludzkie przywary, które ekstrapoluje, znamy od tysięcy lat: strach przed obcym, głód przynależności, łatwość, z jaką tłum daje się poprowadzić.

Najlepiej rozumie to popkultura, kiedy jest odważna. Tony Gilroy, twórca Andora, nie wymyślił swojej rewolucji od zera. Zbudował ją z prawdziwej historii — napad na imperialny garnizon wzorował na napadzie Stalina na bank w Tyflisie w 1907 roku, postaci lepił z rewolucjonistów pokroju Trockiego. O faszyzmie mówił wprost: wyciągasz podręcznik „faszyzm dla opornych”, tam jest te piętnaście rzeczy, które się robi, i próbowaliśmy zmieścić ich jak najwięcej. Bo faszyzm nie jest wydarzeniem. Jest przepisem. Powtarza się, bo ludzie się powtarzają.

Gilroy zauważył jeszcze jedno: każda rewolucja ma moment, w którym ktoś zapala zapałkę i nagle wszystko się zmienia — a ludzie, gdy raz się przechylą, idą do końca. Widziałem ten moment na własne oczy, na ulicach Łodzi tamtej jesieni. Tyle że zapałka nie zawsze pali to, co powinna.

W Europie trwa wciąż inwazja Rosji na Ukrainę. Czy przyzwyczailiśmy się już do niej? Jak przyzwyczailiśmy się do wizji katastrofy klimatycznej, do niekompetentnych polityków, do niesprawiedliwości i wyzysku. Tak przyzwyczaimy się do kolejnych wojen, lub w ogóle się o nich nie dowiemy — bo szum informacyjny, bo specyfika działania algorytmów. A równolegle ktoś metodycznie podkręca atmosferę niechęci na linii Polska–Ukraina — pogromową z ducha, algorytmiczną z mechaniki. To powinno zaniepokoić każdego myślącego człowieka, niezależnie od poglądów na samą wojnę. Bo skrajna prawica, która tę niechęć podsyca, nie da ci ani lekarza, ani pracy, ani mieszkania — da ci tylko winnego, dokładnie według przepisu, o którym pisał Gilroy.

Trzymamy się kurczowo swoich narodów, swoich narracji, bo nie znamy niczego lepszego. A jeśli zmienisz pogląd, twoi ludzie mogą cię odrzucić. Rodzina, znajomi, koledzy z pracy, szum pod profilem w mediach (anty)społecznościowych.

Ludzie, którzy przeszli przez to — rewizję poglądów i często przynależności do organizacji — wszyscy mówią o tym samym: o samotności okresu przejściowego. Stara grupa traktuje cię jak zdrajcę. Nowej nie ma lub jeszcze nie ufa. Przez kilka miesięcy albo kilka lat jesteś nigdzie. Ewolucja nauczyła nas bać się wykluczenia z grupy bardziej niż śmierci, bo przez większość historii wykluczenie oznaczało śmierć. Ten strach nie zniknął, tylko dlatego, że mamy ogrzewanie centralne.

Poglądy można mieć jakiekolwiek, rano inne niż wieczorem. To postawa — w obliczu dziejącej się komuś krzywdy, niesprawiedliwości — pokazuje charakter człowieka.

Infrastruktura do kwestionowania zniknęła. Kiedyś były instytucje, które uczyły kwestionowania jako nawyku: klasyczna edukacja humanistyczna, seminarium akademickie, prasa w modelu odpowiedzialności redakcyjnej, debaty publiczne o określonych regułach.

Dziś dominuje inny model. Treść dopasowana algorytmicznie do tego, co już myślisz. Feed nie oferuje antytezy. Feed oferuje wzmocnienie tezy. Prowokacyjna „debata” online nie jest kwestionowaniem — jest performansem tożsamościowym dla publiczności, która już wybrała stronę.

Polityka miała być sztuką rządzenia państwem. Media — zwłaszcza te (anty)społecznościowe — zamieniły ją w plotkarski spektakl personalnych wojen: kto co o kim powiedział, a gorzej, kto komu napisał trafniejszy sarkastyczny komentarz.

Szum informacyjny gęstnieje, a my z roku na rok korzystamy coraz dłużej z ekranów, coraz bardziej intensywnie. Pętle dopaminowe doprowadzają do społecznego kryzysu deficytu uwagi — nie jesteśmy w stanie skupić się na czymś dłużej niż minutę, nie mówiąc już o przeprowadzeniu rozumowania, które nie kończy się na emocji.

Ja sam jestem ofiarą. W ciągu ostatnich kilku lat zacząłem kilkanaście książek, nie skończyłem żadnej. Moje zasoby mentalne zostały wypłukane. Tracę umiejętność skupienia i łatwo się rozkojarzam. Sam ulegam presji pętli dopaminowych i wiem, że bez pewnych narzędzi teoretycznych oraz doświadczeń nie byłbym w stanie się obronić przed wtłaczanymi mi narracjami.

Proces enshittification przestrzeni internetowej to wyścig do dna. Platformy rywalizują o uwagę, sprzedają ją reklamodawcom, w efekcie rozbijają naszą uwagę i powielają model krótkich treści. Wszystko pod dyktando algorytmu, który jest tajny i kontrolowany przez amerykański sektor prywatny.

W Odysei jest wyspa, na której rośnie lotos. Kto go zje, przestaje pamiętać, po co płynął. Nie umiera, nie cierpi — po prostu zostaje, syty i spokojny. Odyseusz musiał siłą zaciągać swoich płaczących ludzi na statek, bo nie chcieli wracać do domu.

Trzy tysiące lat później każda i każdy z nas nosi tę wyspę w kieszeni.

Gdy siedziałem godzinami na Instagramie, robiąc treści o przywarach kapitalizmu i katastrofie klimatycznej, w którymś momencie zauważyłem, że mój ton staje się tonem ludzi, z którymi walczę. Kategoryczny, tak samo pewny siebie, niecierpliwy wobec niuansu.

Produkowałem krótkie posty antykapitalistyczne na platformie, która zarabia na moim zaangażowaniu. Publiczność rosła i emocje publiczności rosły. Moje emocje rosły. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, kto tu kogo używa.

Mój pogląd się nie zmienił, ale moja postawa tak. Byłem wściekły w sposób, który nie służył już analizie, tylko napędowi. Kwestionowałem wszystko wokół, poza sobą. Wokół dogadzającej echosfery, w której mieszkałem, nie miałem powodu, żeby zakwestionować cokolwiek z własnego obrazu świata. Grupa mówiła mi, że mam rację. Algorytm mówił, że mam rację. Statystyki zasięgów mówiły, że mam rację. Dopiero zmęczenie — i praca terapeutyczna, i patrzenie na ludzi poza tym mikrokosmosem — zaczęły pokazywać, że między „mam rację” a „trzymam ten pogląd w zdrowy sposób” jest przepaść, której przez długi czas nie widziałem.

W epidemii samotności czujemy, że nie pasujemy do żadnej grupy. Przybieramy tożsamości ze sfery cyfrowej. Wierzymy: mój obóz rozwiązuje problemy. Podział lewica i prawica nie jest symetryczny w każdym wymiarze. W wielu wymiarach jest bardziej symetryczny, niż którakolwiek strona chce przyznać — ale nie we wszystkich, i to jest istotne: erozja instytucji demokratycznych nie jest symetryczna, stosunek do faktów nie jest symetryczny, gotowość do przemocy politycznej nie jest symetryczna.

W Stanach działa zjawisko, którego Europa jeszcze w pełni nie skopiowała, ale się szykuje. Nazywa się afektywna polaryzacja. Ludzie coraz mniej głosują za swoją partią, coraz bardziej przeciw drugiej. Tożsamość partyjna stała się tożsamością plemienną, jak kibicowanie drużynie. Ważne nie jest, czy spadają ceny paliw czy jajek. Ważne jest, czy moi rządzą. Ważne jest, czy ich boli.

Dowodów, że Europa się „szykuje”, nie trzeba szukać daleko. Wielka Brytania spolaryzowała się do Brexitu — a jego skutki odczuwa dziś, boleśnie, mimo to ci sami politycy, którzy do niego doprowadzili, znów rosną w sondażach. We Francji skrajną prawicę udaje się dotąd pokonywać tylko przez kordon sanitarny — zjednoczenie wszystkich pozostałych partii przeciwko jednej. Ale kordon przestanie działać w momencie, gdy ruch, który wypycha, będzie większy niż sam kordon. W Niemczech AfD buduje część swojej narracji na niechęci do Polski — dla niektórych jej polityków Polska w ogóle nie istnieje jako podmiot. A mimo to niemieckie wybory rzadko traktujemy w Polsce jako kwestię bezpieczeństwa narodowego, choć powinniśmy.

Trumpa Amerykanie wybrali dwukrotnie — obiecywał im tańsze życie, a wywołał wojnę handlową, która podniosła ceny dokładnie tym, którzy na niego głosowali. Wzorzec się powtarza: liderzy rosnący na gniewie kanalizują go w kierunkach, które niewiele mają wspólnego z realnym źródłem tego gniewu. Trudno przy tym wierzyć w ich szczerość albo czysty kompas moralny — zbyt wygodnie im, gdy ludzie złoszczą się na sąsiada, migranta, sąsiedni kraj, zamiast na tych, którzy naprawdę decydują.

Jest w tym jeszcze jeden paradoks, rzadziej wypowiadany. Przywództwo — zwłaszcza przywództwo państwem — jest w ogromnej części umiejętnością łagodzenia sporów, negocjowania, ustępstw w rzeczach mniejszych, żeby wygrać większe. Stawiania interesu państwa ponad własną opinią. To są kompetencje nudne i niewidoczne, a w warunkach polaryzacji wręcz dyskwalifikujące: kto szuka konsensusu, ten wygląda na miękkiego.

Więc wybieramy twardych. Tyle że „twardy” w tym znaczeniu to człowiek, który nie umie ustąpić, nie przewiduje ruchu drugiej strony i reaguje emocją na każdą zaczepkę. Taki człowiek jest wyjątkowo łatwy do rozegrania. Robią to więc przeciwnicy polityczni w kraju i robią to obce wywiady — rozgrywają.

Wydaje nam się, że wybieramy siłę, lecz wybieramy podatność na manipulację, ubraną w kostium siły.

To jest mechanizm, którego używają już prawie wszyscy. Demokrata, który głosuje przeciw Trumpowi, bo go nienawidzi, jest w tej samej pułapce co republikanin, który głosuje na Trumpa, bo nienawidzi demokratów. Różnią się treścią, a nie mechanizmem.

Kiedy ten mechanizm wygrywa, pogląd przestaje mieć znaczenie. Liczy się tylko postawa. A postawa, niestety, jest wtedy jedna: moi mają rację, bo są moi. Ich trzeba pokonać, bo nie są nami.

Nie jestem pewien, czy moja lewicowa tożsamość sprzed kilku lat była czymś innym. Prawdopodobnie nie była. Prawdopodobnie miałem słuszne poglądy i nienajlepszą postawę. Prawdopodobnie niektórzy moi ówcześni przeciwnicy mieli niesłuszne poglądy i lepszą postawę. Prawdopodobnie niektórzy mieli słuszne poglądy i lepszą postawę ode mnie, a ja ich nie widziałem, bo byli oznaczeni inną flagą.

Najrzadsza forma kwestionowania nie dotyczy cudzych poglądów. Dotyczy własnej reakcji na cudze poglądy.

Dlaczego cieszy nieszczęście ludzi, których nie lubimy? Dlaczego podajemy mem, w którym ktoś z drugiej strony wychodzi na idiotę? To jest moment, który dzieli ludzi na tych, którzy kwestionują, i tych, którzy nie kwestionują. Nie inteligencja. Nie wykształcenie. Nie klasa społeczna. Narzędzia i ten moment, kiedy zauważasz w sobie coś, czego nie chcesz, i zamiast to wyprzeć albo usprawiedliwić — zostawiasz to na powierzchni. Patrzysz. Pytasz: skąd się to we mnie wzięło?

Niewielu ludzi ma powód, żeby do tego dojść. Większość dochodzi dopiero wtedy, gdy coś w ich życiu się rozpada. Rozwód. Śmierć rodzica. Zdrada przyjaciela. Utrata pracy. Albo coś mniej dramatycznego — kuzyn, który jest gejem, którego kochasz, a kościół mówi, że jest zły. Syn, który mówi, że czuje się dziewczyną. Córka, która przyprowadza do domu kogoś, kto nie pasuje do historii, którą sobie o rodzinie opowiadasz. Coś musi puścić.

Ludzie nie kwestionują siebie z ciekawości. Kwestionują, bo rzeczywistość ich zmusza. Bo coś osobistego nie pasuje do mapy. Bo ktoś, kogo kochają, nie mieści się w kategoriach, którymi się posługiwali. Dopiero wtedy zaczynają pytać.

Pamiętam pierwszy raz, kiedy dałem się nabrać. Byłem nastolatkiem. Zobaczyłem newsa, że Madagaskar może dołączyć do Polski. Pobiegłem do rodziców: „Nie uwierzycie, będziemy mieć dużą wyspę koło Afryki.” News był fałszywy — dotarło to do mnie dopiero po pierwszym impulsie emocjonalnym, gdy zacząłem szukać więcej informacji, bo chciałem wiedzieć więcej. Równie dobrze mogłem tego nie zrobić i żyć dalej z marzeniem o madagaskarskim wybrzeżu.

Nie było mi przykro, że informacja była fałszywa. Było mi wstyd, że się nabrałem. Tak samo reagują ofiary scamów — ludzie, którzy tracą prawdziwe pieniądze przez oszustwo, a potem nie zgłaszają tego nikomu, bo wstyd za naiwność jest silniejszy niż strata.

W wieku trzydziestu lat nauczyłem się czegoś, co powinno być przedmiotem obowiązkowym w szkole, a nie jest. Nauczyłem się patrzeć na własne emocje z odległości. Widzieć, jak wchodzą. Pytać, skąd przyszły. Zanim na nie zareaguję — sprawdzić, czy chcę na nie zareagować. Czy to, co czuję, jest moje, czy zostało we mnie zainstalowane w ciągu ostatnich trzydziestu sekund przez piętnaście sekund wideo, które ktoś zmontował w jakimś swoim celu.

Umiejętność cyfrowej samoobrony niezbędna jest do obrony naszych własnych umysłów. Zadawanie pytań: „skąd ta emocja?”, „czy to, co czytam, jest prawdą?”, „komu zależy, żebym myślał, że to jest prawda?”, „kto zarabia na moim zaangażowaniu?” — to powinny być odruchy.

To, co tu daję, to same narzędzia obronne — nic, czego dałoby się użyć jako ataku. O kimś, kto ten mechanizm rozumie doskonale i używa go świadomie, kosztem innych — nie mam dobrego zdania.

Jednakże władza, która zawdzięcza swoją władzę polaryzacji, nie zafunduje obywatelom kursu rozpoznawania polaryzacji. Platforma, która zarabia na zaangażowaniu, nie wyjaśni ci, jak działa jej feed.

Ban na smartfony w szkołach jest być może jakimś kierunkiem, ale sam ban niczego nie rozwiąże. Bo po smartfony dzieci sięgną po prostu później. I wejdą w świat, który jest zaprojektowany, żeby ich rozgrywać. Przepadną, jeśli nie otrzymają narzędzi, żeby się bronić.

Edukacja emocjonalna. Obrona poznawcza. Higiena mediów. To są umiejętności przyszłości, a może już teraźniejszości. Bez nich kwestionowanie poglądów jest akademickim ćwiczeniem, bo większość naszych poglądów nie rodzi się już z rozmów przy stole, lecz z algorytmicznego feedu.

Nie wiem, kim będę za dziesięć lat. Nie wiem, które z poglądów, które teraz trzymam, okażą się za dekadę żenujące. Niektóre na pewno. Zbyt dobrze pamiętam, kim byłem dziesięć lat temu, żeby ufać sobie teraz. A ocenę kształtują też często czynniki zewnętrzne, na które nie mamy wpływu.

Najkrótsza definicja asertywności, jaką znam, nie mówi o mówieniu „nie”. Mówi o dwóch rzeczach naraz: dać sobie prawo do bycia sobą i dać innym prawo do bycia sobą. Jedno bez drugiego nie działa. Kto nie daje tego prawa sobie, będzie żył cudzym scenariuszem. Kto nie daje go innym, prędzej czy później zacznie ich naprawiać — i nazwie to troską.

Przez lata miałem problem z obiema połowami.

Rozmowa z moim przyjacielem, który uważa, że Hitler miał rację, zostawiła we mnie coś, czego nie zostawiła żadna rozmowa z kimś, kto ma identyczne poglądy jak ja. Zostawiła we mnie pytanie. A pytania — nie odpowiedzi — są tym, co trzyma człowieka w ruchu.

On nie zmieni zdania przeze mnie. Ja nie zmienię zdania przez niego. Ale przez jakąś chwilę, w tamtej nocnej rozmowie, byliśmy w tym samym miejscu. Nie w tych samych poglądach. W tej samej postawie. Otwartej. Zmęczonej. Ludzkiej.

Czasami to jest wszystko, co można dostać. I czasami to wystarcza.