Jesteśmy z Tytanu Kuba Kołaciński

KRYZYS

„Jakoś, Palpatine wrócił.” — Poe Dameron, Star Wars: The Rise of Skywalker (2019)

Grudzień 2019, zimny poranek. Stoję przed McDonald’s i czekam, aż otworzą.

Jestem sam. Samotny, głodny, przerażony.

Kilka minut wcześniej ktoś pijany chce mnie pobić. Staje przede mną, zajadając się hot-dogiem i bełkocząc groźby. Krzyczy coś, o czym za chwilę zapomnę, bo jestem zupełnie gdzie indziej.

Widzę tylko plamę ketchupu na jego zapoconej koszulce, a myślami jestem na planie filmowym w Pinewood Studios. Jestem na spotkaniu w Lucasfilm, gdzie w jakiejś śmiesznie nazwanej salce konferencyjnej ktoś podjął decyzję, żeby wskrzesić Palpatine’a. Jestem w świeżym wspomnieniu sali kinowej, gdzie przed chwilą siedziałem przez osiem godzin nocnego maratonu sequeli Star Wars.

Czuję, jak coś we mnie po cichu umiera.

Rise of Skywalker. Rozczarowanie, które bolało bardziej, niż powinno — bo za nim stały lata śledzenia każdego przecieku z planu, każdego wywiadu z twórcami, każdej spekulacji na Reddicie. Wielogodzinne wieczorne sesje, dyskusje, teorie, jak rozwiążą wątki Sagi.

Ze Star Wars dorastałem, uczyłem się wyobraźni, budowałem pierwsze przyjaźnie. W pamięci mam każdy jeden wypad do kina na premiery kolejnych filmów Sagi, od 1997 roku do dziś — z ojcem, z rodziną, z przyjaciółmi. To zawsze było święto.

A przygoda zaczęła się, gdy miałem siedem lat. Ojciec zabrał mnie do kina na Specjalną Edycję Oryginalnej Trylogii. Seanse były z napisami, za którymi ja nie nadążałem — szeptał mi więc do ucha polskie tłumaczenie najważniejszych dialogów.

Do dziś pamiętam swoje zdziwienie, gdy szepnął: „Jestem twoim ojcem”.

Myślę: przecież wiem! Tłumacz, co się dzieje na ekranie! Co „ten czarny” chce od Luke’a?

To było moje pierwsze spotkanie z mitem. Z historią większą niż wszystko, co wcześniej znałem. Wtedy jeszcze niewiele z tego rozumiałem — ale szybko neurony zaczęły się ze sobą łączyć w przedziwnych konfiguracjach.

A teraz stoję pod zamkniętym McDonald’s, przed siódmą rano. Myśli o tempie montażu w drugim akcie przerwał mi agresywny, pijany człowiek. Bałem się, ale nie byłem na niego zły. Najwyraźniej miał własne problemy.

W końcu odpuścił. Nastała cisza łódzkiej nocy. Zostałem znów z moim potokiem myśli. I z rozterkami, które nosiłem od tygodni — czym właściwie są uczucia do kogoś mi bliskiego, kiedy nie wiem jeszcze, jak je nazwać.

Bo film był tylko wierzchołkiem. W tamtym roku kończyły się rzeczy, które nosiłem w głowie, i rzeczy, które nosiłem w sercu — i wszystko wybrało ten sam czas, żeby dobiec końca jednocześnie.

Chwilę wcześniej, jesienią, formalnie startowałem w wyborach parlamentarnych. Nieformalnie: było za wcześnie, a ja niewiele rozumiałem. Chciałem jednak zobaczyć ten proces „od kuchni”. W pierwszym rzędzie partyjnej polityki.

Do „polityki” partyjnej wszedłem w 2018 roku, po tym, jak przeczytałem raport IPCC. Naukowcy pisali wprost: jeśli nie podejmiemy systemowych zmian natychmiast — transformacja energetyczna, redukcja emisji — to okno się zamknie. I nastanie prawdziwa katastrofa: dotkliwe fale upałów, pożary lasów, konflikty o wodę i żywność; migracje milionów ludzi. Nie za sto lat. Już teraz. I będzie tylko gorzej.

Czytałem to tak, jak się czyta wynik badania. Od dwustu lat spalamy węgiel, ropę i gaz; uwolniony w ten sposób dwutlenek węgla i metan zatrzymują w atmosferze ciepło słońca, które wcześniej uciekało w kosmos. To nie jest teoria z tych, w które można wierzyć albo nie — jest tak pewna jak grawitacja. A planeta ociepla się dziś szybciej niż kiedykolwiek: rok 2024 był pierwszym w historii pomiarów powyżej półtora stopnia.

Gorzej, że system napędza się sam. Topnieje lód Arktyki, a biała pokrywa, która odbija promienie z powrotem w kosmos, znika. Odsłonięty ciemny ocean pochłania to ciepło, zamiast je odbijać — więc lód topnieje jeszcze szybciej. Skutek, który staje się przyczyną. Pierwszy dzień bez lodu w Arktyce może przyjść przed 2030 rokiem.

A kropki łatwo połączyć i jest ich coraz więcej. Susza w Syrii, najgłębsza od stuleci, zniszczyła jedną trzecią tamtejszego rolnictwa i wypchnęła około półtora miliona ludzi ze wsi do miast. Kilka lat później był tam kryzys, wojna, a potem fala uchodźcza, która zmieniła politykę całej Europy. Brak wody wypycha ludzi z domów. Co zrobisz, kiedy odkręcisz kran, a z niego nic nie poleci?

I coś we mnie przeskoczyło. Nie panika — raczej rodzaj lodowatej jasności. Świat się kończy, a my udajemy, że nie. Ktoś musi coś z tym zrobić.

Uznałem, że tym kimś mogę być też ja. I zacząłem myśleć o alternatywach. System zaprojektowany na nieskończony wzrost na skończonej planecie nie mógł zadziałać inaczej. Zysk kwartalny liczy się mocniej niż stulecie, które nadejdzie. A to, że koszty ponosi dziś planeta, nie firma, która je wygenerowała, nie jest wypadkiem przy pracy systemu. To jego projekt. Bo skoro problemem jest kapitalizm — to jakie mamy alternatywy? Który „-izm”?

Pobujałem się więc po mieście z lokalnymi aktywistkami i aktywistami. Znalazłem wspólny język i wspólne wartości z ludźmi, których bardzo interesowała PPS — jako historia, mit, case study, inspiracja, nadzieja. I dla tych ludzi zapisałem się do PPS — Polskiej Partii Socjalistycznej.

„Socjalizm” kojarzy się różnie. I dziś wiem, że trudno będzie zrobić dobry marketing dla jego „marki”. Ale pod parasolem demokratycznego socjalizmu z polskimi tradycjami niepodległościowymi kryją się wartości, które ze mną rezonują. Spółdzielczość. Patriotyzm rozumiany jako wspólnotowość narodowa. Równość szans na godne życie. Demokracja oddolna. Wolność, której granicą jest bliskość cudzego nosa. W centrum uwagi człowiek, nie kapitał. Współpraca zamiast konkurencji.

Prawie zawsze słyszę to samo zdziwienie, kiedy tak opowiadam: „Nigdy nie słyszałem takich rzeczy”.

A PPS ma piękną historię, której nie da się zamknąć w jednej narracji. To z jej szeregów wyszedł Józef Piłsudski — zanim jeszcze Polska wróciła na mapę. Historie o Piłsudskim napadającym na pociągi są zabójczo fascynujące — niezależnie od tego, jak ocenia się to, co robił później. To Ignacy Daszyński proklamował w 1918 roku pierwszy wolny rząd Rzeczypospolitej.

Był też Stanisław Dubois — młody działacz PPS, ideowy, odważny, który zdążył wziąć udział w powstaniu śląskim i w wojnie polsko-bolszewickiej z 1920 roku. Wielu zapomina, że dla Polski pierwsza wojna światowa nie skończyła się w 1918 roku — bolszewicy szli na zachód, żeby siłą wmusić w nas swoją ideologię, i trzeba było znowu chwycić za broń, żeby obronić dopiero co odzyskaną niepodległość. Mój przyjaciel z PPS był nim zafascynowany — to jego ta postać jarała i kręciła, nie mnie. Ale słuchałem, jak opowiada o wartościach, które łączyły go z tą postacią, a o których wcześniej nie słyszałem — i to samo w sobie było dla mnie inspirujące. Nowe pokolenie PPS, zafascynowane tymi samymi refleksjami o życiu, z podobnym zestawem wartości. To nas łączyło we wspólnotę — nawet jeśli chwilową.

PPS walczyła o niepodległość Polski i o ośmiogodzinny dzień pracy jednocześnie — bo dla niej jedno nie stało w sprzeczności z drugim. To historia oporu wobec zaborców i kapitalistów, spółdzielczości w miejscach pracy i w przemyśle, kółek naukowych i czytelni, wzajemnego szacunku i współpracy na poziomie lokalnym. To też historia pierwszych lokalnych klubów sportowych, w tym piłkarskich — jak mój łódzki Widzew. I patriotyzmu rozumianego tak, że Ojczyzna to Obywatelki i Obywatele, którzy w niej mieszkają, a interes narodowy jest interesem nas wszystkich.

Komuniści rozwiązali PPS w 1948 roku. Odrodziła się w 1987 roku, jeszcze przed Okrągłym Stołem. Ta ciągłość — przerwana przez antyspołeczny komunizm, później wznowiona — była dla mnie czymś autentycznym, niezawłaszczonym przez cynizm nowoczesnej polityki. Dziś jednak PPS jest partią „kanapową”, na marginesie „wielkiej” polityki.

Nie zdążyłem zrobić wiele, a rok później wylądowałem na siedemnastym miejscu listy w wyborach do Sejmu. Zbieg okoliczności i poczucie obowiązku. I jeszcze jeden powód: wiosną, kilka miesięcy przed wyborami, straciłem bliską mi osobę — właśnie z partii, była jedną z osób, przez które do PPS trafiłem. Działaliśmy razem społecznie od lat, w PPS-ie od roku. Było nas wtedy w Łodzi zaledwie kilka osób. Nie wiedziałem jeszcze, że za dwa lata będzie nas dziesiątki. Wypadek samochodowy.

To była jedna z niewielu osób w moim życiu, z którymi mogłem rozmawiać o tym, co wiedziałem z raportów IPCC — i czego nie chciał słyszeć prawie nikt. Media pisały o tym jako o wyzwaniu przyszłych pokoleń, politycy myśleli tylko perspektywą kolejnych wyborów, a ludzie wokół mnie mieli własne, bardziej namacalne problemy. Tymczasem każda kolejna edycja raportów klimatycznych pokazuje coraz bardziej katastrofalny obraz sytuacji — i każdy, kto potrafi czytać wykresy i mapy, może to sam sprawdzić.

Już nie wiem, ile w mojej decyzji, żeby kandydować, było zimnej kalkulacji, że to najlepsza metoda, aby coś zmienić, a ile postanowienia, że jednak nie odpuszczę, również dla pamięci tej osoby. Tego rodzaju postanowień nie podejmuje się głośno. Podejmuje się je w ciszy — gdzieś w przestrzeni między żałobą a tym, co zostaje po niej.

Wydałem na kampanię zero złotych — bo więcej nie miałem. Wrzuciłem odręcznie podpisane listy do skrzynek na osiedlu. Pisałem w internecie o problemach, które widzę. Jeździłem na spotkania, konferencje prasowe, wydarzenia.

Algorytm nie bardzo to polubił. Uzyskałem trzysta głosów.

Ale był powód, dla którego tamten czas smakował gorzko. Bo chciałem zmieniać polską politykę, budując wiarygodną alternatywę. A PPS wystartowała w 2019 roku w koalicji — z SLD, Wiosną i Razem. Decyzja, której nie lubiłem i na którą nie miałem wpływu. Polityka koalicyjna ma własną logikę — logikę kompromisów, szerokości, przydatności wyborczej, interesów. Moja logika była inna. SLD nie było moją partią. Wiosna nie była moją partią. Ale to nie ja o tym decydowałem.

Nigdy nie zapomnę pierwszego haustu goryczy. Na wspólnym zjeździe kandydatów byłem w sali, kiedy przemawiał Biedroń, lider Wiosny. Człowiek, który miał być twarzą „lewicowej” odnowy, symbolem, że coś może być inaczej. Mówił, jakby sam nie wierzył w to, co mówi. Żadnej siły. Żadnego ognia.

Później słyszałem go w radiu. Mówił o smogu i o katastrofie klimatycznej — używając ich zamiennie, jakby były tym samym. A nie są. Smog to problem niskiej emisji: piece węglowe, stare samochody, to, co wdychasz w Krakowie w grudniu. Katastrofa klimatyczna to problem wysokiej emisji: przemysł, transport, energia, to, co zmienia temperaturę planety. Dwa różne poziomy skali, dwa różne zestawy rozwiązań, dwa różne problemy. Nie wymagam tego od każdego. Ale od przedstawiciela w demokracji reprezentacyjnej — od kogoś, kto staje przed wyborcami i obiecuje, że zajmie się problemami — wymagam rozumienia podstaw. To nie jest poprzeczka wysoka. To jest poprzeczka minimalna.

Niestety, zmiany klimatu przestały być tematem, o którym rozmawia się faktami i rozwiązaniami. Stały się osią tożsamości — flagą, którą się wywiesza albo zdejmuje. Dziś o tym, czy ocieplenie w ogóle uznaje się za problem, coraz częściej decyduje nie wykres, tylko to, po której stronie stoisz i co dowcipnego rzucił wczoraj o pogodzie ktoś z twojego obozu. Fizyka atmosfery ma wyższy próg wejścia.

W dniu wyborów śledziłem „bazarek” — przecieki z sondaży exit poll, które krążą, zanim wolno je opublikować. Wpatrywałem się w liczby, liczyłem na jak najniższy wynik „pistacji”, układałem scenariusze. Jakbym mógł myśleniem coś zmienić.

PiS wygrał ponownie. A ja chciałem, żeby przegrał.

Stałem przed ekranem z wynikami i bolało — zwyczajnie, personalnie, jak boli przegrana w coś, w co się choć trochę wierzyło. A pod tym bólem było jeszcze coś cięższego: potwierdzenie teorii, której nie chciałem przyjąć. Że to, co wiem o tym, jak działa świat, i to, co mogę z tą wiedzą zrobić, są od siebie oddzielone przepaścią, której nie zasypie jeden kandydat na siedemnastym miejscu listy.

Taka polityka chyba nie jest dla mnie. Ale co zamiast niej?

Wcześniej, przed wyborami, odebrałem dyplom z łódzkiej szkoły filmowej. To były dwa lata studiów podyplomowych na kierunku „organizacja produkcji filmowej i telewizyjnej”. Weekendowe zjazdy co dwa tygodnie. Dobry czas, gdy uczyłem się od weteranów kina oraz fantastycznych koleżanek i kolegów z roku — każda i każdy z inną historią, marzeniami, doświadczeniem.

Pamiętam to gorące lato. Podjechałem pod budynek, wszedłem, wyszedłem z teczką. W drodze powrotnej czułem, że zamknął się jakiś rozdział — ale nie wiedziałem jeszcze, co po nim.

Marzenie o filmówce nosiłem od dzieciństwa — od weekendu, kiedy dorwałem się do płyt DVD z rozszerzonej edycji Władcy Pierścieni. Kilkanaście godzin dokumentów — scenografia, kostiumy, muzyka, storyboard, logistyka planu, zarządzanie setkami ludzi. Urzekło mnie, że film to kolektywny efekt pracy setek, czasem tysięcy osób o zupełnie różnych kompetencjach. I że jakość tego, co widzisz na ekranie, jest bezpośrednią pochodną jakości procesów za ekranem.

Zawodowo już kilka lat pracowałem w roli project managera, więc rozumiałem ten system — presję terminów, wagę jakości, pracę z ludźmi w stresie. Film to projekt, który w swoich kulisach przechodzi jeden z najbardziej skomplikowanych procesów, jakie istnieją. Chciałem poznać lepiej ten świat.

Moje zajawki na kino i politykę mają to samo źródło. W 1999 roku, mając dziewięć lat, nauczyłem się Mrocznego Widma na pamięć — dosłownie starłem kasetę VHS, oglądając film w kółko. W filmie: opodatkowanie szlaków handlowych, votum nieufności wobec Kanclerza, monarchia elekcyjna, Senat, procesy legislacyjne. Kiedy zacząłem łączyć kropki — że ta fikcja jest trochę o tym, co rodzice widzieli w telewizji, co czytali w prasie — coś się przestawiło. Film zmienił sposób, w jaki patrzę na świat.

Chciałem wiedzieć, czy mogę zrobić to samo dla kogoś innego. Zmienić świat filmem.

Rekrutacja na filmówkę dwa lata wcześniej. Kilka osób przed salą, wchodzimy po kolei. Komisja: wykładowcy, pracownicy szkoły. Pytają o motywacje. Pytają, co robiłem już z filmem. Opowiedziałem o filmach kręconych w dzieciństwie kamerą cyfrową. O pracy magisterskiej. Zapytali o szczegóły — i zacząłem tłumaczyć: teoria ruchów społecznych, alterglobalizm, kino science fiction jako gatunek, który pochłania lęki społeczne i robi z nich produkt. I jak dotarłem do wniosku odwrotnego, niż się spodziewałem: że antykapitalizm staje się towarem kapitalizmu. Że kino nas oswaja, nie wyzwala.

Komisja nie bardzo rozumiała, o co mi chodzi.

Dostałem minimalną liczbę punktów kwalifikujących mnie na pierwszy rok. Ostatni na liście.

Filmówka przez dwa lata była moim „trzecim miejscem” (poza pracą i domem). Relacje z grupą na roku, z wykładowcami, pogłębianie wiedzy o tym, jak naprawdę powstaje fajny projekt. Poznałem osoby z wielu różnych branż kina, kultury, telewizji. Zrobiliśmy wspólnie kilka etiud, w tym film, z którego jestem najbardziej dumny: Schody Mordoru — ale o tym filmie później.

Coś z własnego życia weszło w coś wspólnie stworzonego.

Więc jak kino zmienia świat? Czy może każdy widzi przez własną soczewkę to, co chce widzieć? Czy ludzie nie interpretują filmów tak jak ja?

Czy sztuka nie zbawia?

Z teczką pod pachą wsiadłem w samochód i nie wiedziałem, gdzie jechać.

Praca, do której wtedy wracałem, była od miesięcy rutyną. Szef, który wcześniej rozmawiał ze mną godzinami, zajął się swoim życiem — i zostałem z ciszą, ze stagnacją, z poczuciem, że czas przecieka. Pod koniec roku rozwiązaliśmy umowę, a ja postanowiłem zrobić sobie „przerwę”. Miałem jakieś oszczędności i mgliste marzenie, żeby w końcu zrobić coś swojego, po swojemu. W przypływie impulsywnej zajawki drugiego dnia założyłem konto na Instagramie. Za kilka miesięcy moja twórczość trafi na miliony ekranów.

A pośrodku tego wszystkiego — w burzy emocji i refleksji pod McDonald’s w 2019 roku — była ona. Limerencja.

Kilka lat przyjaźni, rozmowy, wspólny czas i poczucie, że rozumiemy się najlepiej. Gdzieś w trakcie, kiedy kolejne rzeczy się kończyły i nie wiedziałem, co przynosi przyszłość, moje serce zaczęło uciekać coraz mocniej w jej stronę.

Szczególnie że doświadczyłem epidemii samotności na własnej skórze — efekt tego, jak przez ostatnie dekady rozmontowaliśmy wspólnotowość: sąsiedztwa, w których każdy znał każdego, zamieniliśmy na klatki schodowe pełne obcych sobie ludzi. Przez większość dorosłego życia byłem singlem, z trudnościami w nawiązywaniu nowych znajomości. W tym samym czasie rozpadły mi się dwie niezależne od siebie paczki znajomych — jedną skłóciłem sam, niepotrzebnie, druga rozpadła się beze mnie, a i tak zostałem bez niej. Zostałem z dziurą tam, gdzie było towarzystwo, bezpieczeństwo, miejsca, do których się szło. Ona była jedyną stałą dobrą osobą. Im bardziej kurczył się świat wokół mnie — tym bardziej ta przyjaźń stawała się punktem oparcia.

Myślałem, że to miłość, bałem się i w końcu jej powiedziałem. Ona zerwała kontakt — nie ze złości, raczej dlatego, że tak wyglądało dla niej najlepsze wyjście. Z perspektywy czasu rozumiem tę decyzję. Była dobra. Dziś wiem więcej o sobie i o tym, jak działam, kiedy potrzeba bliskości robi się głośniejsza niż szacunek dla cudzej granicy. I nie chcę się usprawiedliwiać. Chcę zrozumieć mechanizm. Wtedy podejrzewałem, że rozumiem go w głowie, ale nie w sercu.

To przeważyło szalę. Bo są rzeczy, które bolą nie dlatego, że są duże — tylko dlatego, że są po prostu „ludzkie”. Jak zakochanie, miłość, crush, fascynacja, limerencja, tęsknota, pożądanie, obsesja, lęk, głód. Racjonalnie nadajemy im nazwy, osadzamy w kontekście, uczymy się je rozumieć i odczytywać, uczymy się na nie reagować. Ale bolą.

Stałem więc pod McDonald’s przed siódmą rano, samotny, bez pracy, bez wpływu, ze złamanym sercem, z porażką wyborczą za sobą i złym filmem w głowie — i z tym zimnym tłem, które nie daje mi spokoju: że upadek naszej cywilizacji to bliska perspektywa, że czas naprawdę ucieka, że naprawdę trzeba zacząć działać i naprawdę nie wiem, co zrobić, żebyśmy byli w stanie uratować świat przed zagładą.

To był egzystencjalny terror — osobisty i planetarny jednocześnie. Mój własny kryzys nałożony na kryzys wszystkiego. Jakby skala nagle przestała mieć znaczenie: czy martwię się o siebie, czy o świat — efekt był ten sam. Stanie w miejscu z tą samą niemożnością w piersi.

Żeby zrozumieć, jak tu doszedłem — muszę wrócić do miejsca, gdzie po raz pierwszy zadałem sobie właściwe pytanie. Nie „czy system jest zły”. To wiedziałem od dawna. Pytanie brzmiało: czy można z nim walczyć od środka — i czy można to zrobić, nie stając się jego częścią. Myślałem, że znalazłem odpowiedź. Napisałem ją nawet na osiemdziesięciu stronach. Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat i byłem z siebie bardzo dumny.