WSTĘP
„Co poświęciłem? Jestem skazany na używanie narzędzi mojego wroga, żeby go pokonać.” — Luthen Rael, Andor (2022)
Zimny grudniowy poranek. Żółte łuki McDonald’s górują nade mną jak ołtarz, do którego nie mam jeszcze wstępu. Sam, głodny, czekam, aż otworzą.
Kilka minut wcześniej pijany mężczyzna z ketchupem na koszulce groził, że mnie pobije — a ja myślami krążyłem po moich większych problemach: rozczarowaniu filmem, kobiecie, którą chyba kocham, przegranych wyborach, marzeniach, które leżą w cieniu planetarnych wyzwań.
Coś we mnie wtedy umierało. Przeżywałem to w samotności, bo czekałem na kogoś.
Czekałem na Luke’a Skywalkera.
Wiem, że się nie zjawi. Wiem to gdzieś w tej części głowy, gdzie mieszka rozum, politologia i świadomość, że systemy nie mają jednej twarzy, a zło rzadko nosi czarną pelerynę.
A mimo to, kiedy widzę kolejny raport o zbrodniach wojennych, kolejny szczyt klimatyczny, który kończy się niczym, kolejną falę dezinformacji zmieniającą ludzi, których znam i kocham — coś we mnie nadal nasłuchuje. Czeka na bohatera, który wyciągnie miecz i ocali świat.
Dorastałem na opowieściach, w których dobro zawsze wygrywa. Wygrywa, bo tego potrzebujemy. Bo tak jest zbudowany mit. Luke zawsze niszczy Gwiazdę Śmierci. Pierścień Władzy zawsze trafia do Mordoru. Avengersi ruszają na pomoc, nawet gdy zagrożenie przychodzi z kosmosu. Czyny mają konsekwencje, a sprawiedliwość dosięga tych, którzy czynią zło.
Ale opowieści, w które uciekamy, są życzeniem, fantazją, marzeniem. Marzeniem niebezpiecznym — bo uczy czekać. Na bohatera. Na zbawiciela. Na kogoś.
Świat się degeneruje — a wielu czeka. Prawda przestała być punktem odniesienia. Stała się jednym z argumentów. Można ją wybrać, można odrzucić, można zignorować, jeśli nie pasuje do narracji, którą już się nosi w głowie. Nie chodzi o kłamstwo. Chodzi o coś trudniejszego: o świat, w którym kłamstwo i prawda mają ten sam status, bo obie są treścią, obie generują zasięg, obie karmią algorytm.
Kto kontroluje algorytm — ten kontroluje prawdę.
Fikcja ma osobliwy talent do mówienia prawdy w sposób, który nie boli. Snowpiercer pokazuje, jak klasa robotnicza żyje w ogonie pociągu, zajadając robaki, a elity jedzą sushi z przodu — i wychodzimy z kina poruszeni, mówimy, że to ważne — ale nic się nie zmienia. Fikcja krytykuje system i jednocześnie go zasila, bo krytyka też jest produktem, też generuje przychód. Zwraca uwagę na zło i jednocześnie nas z nim oswaja.
Paradoks jest głębszy. Superbohater może zatrzymać meteoryt, ale nie może zatrzymać eksmisji chorej emerytki. Może pokonać tyrana, ale nie może pokonać systemu, który tyranów produkuje. Fikcja, którą kochamy, jest zbudowana na założeniu, że zło ma twarz, imię i słaby punkt — i że wystarczy ktoś odważny, żeby go zniszczyć. To założenie jest piękne. I nieprawdziwe.
Kocham tę fikcję zwłaszcza wtedy, gdy widać w niej odbicie rzeczywistości i niuanse mechanizmów systemu. Gdy pokazuje, że opór przeciw złu jest możliwy. Niestety rzadziej mówi o tym, że opór kosztuje wszystko.
Czy można walczyć z systemem narzędziami systemu, nie stając się jego częścią? To pytanie nie daje mi spokoju — znam je od środka. Szukam odpowiedzi.
Przez lata próbowałem zmieniać świat i za każdym razem zmieniałem tylko metodę. Najpierw uczyłem się, jak działa system — i pracą magisterską udowodniłem samemu sobie, że kino, które kocham, sprzedaje bunt jak każdy inny towar. Potem wyszedłem na ulicę — demonstracje, partia, trzysta głosów w wyborach, które nic nie zmieniły. Potem zacząłem krzyczeć w internecie — a moje treści dotarły do milionów, na platformach, które zarabiały na każdym moim słowie gniewu. Aż w końcu usiadłem po drugiej stronie biurka, w digital marketingu — tam, skąd widać dokładnie, jak działa maszyna, którą przez lata próbowałem zatrzymać.
To historia paradoksów. Krytykuję kino za diagnozę bez recepty — ta książka jej też nie wystawia. Budowałem zasięgi, które zasilały algorytmy, które chciałem obalić. Szukałem wspólnoty przez wartości — i odkryłem, że najtrwalsza jest ta zbudowana przez dwadzieścia lat grania w gry z trzema kumplami. Próbowałem dotrzeć do milionów — i nie wiem, czy zmieniłem kogokolwiek.
Wiem za to, co zobaczyłem od środka. Ale moje doświadczenia to tylko soczewka — do patrzenia na system, na własny wpływ, na pytania, które nie mają czystych odpowiedzi. Może przez moją historię zobaczysz coś znajomego.
Nie wiem, jaki wpływ mam ja — trudno to zmierzyć. Opowiem natomiast o tym, jaki wpływ miały na mnie osoby, z którymi skrzyżowała się moja droga: rodzina, mentorki i mentorzy, nauczycielki i nauczyciele, przyjaciółki i przyjaciele — ale też ludzie, których spotkałem raz i nigdy więcej. Nocna rozmowa na imprezie, w kuchni, z kimś, kogo imienia nie pamiętam — potrafi zmienić życie.
Chcę uchwycić wiele z tych zjawisk. Przez relacje i kolejne fascynacje, którymi próbowałem zrozumieć świat, a potem go zmieniać, a potem przeżyć rozczarowanie, że zmiana nie przyszła. Przez kulturę popularną, która była moim pierwszym językiem polityki — zanim wiedziałem, że to polityka. Przez naukę, aktywizm, media społecznościowe, miłość, ciało, decyzje nieodwracalne. Przez wszystko, co zbudowało to, kim jestem. I przez pytanie: ile z tego wybrałem, a ile wybrał za mnie system?
Ta książka jest próbą czytania systemów — przez soczewkę konkretnego człowieka, który od lat trafia na ten sam mechanizm: system wchłania opór i robi z niego produkt. System wynagradza to, co umacnia go samego. I system zmienia cię — zanim zdążysz to zauważyć.
Jedi nie istnieją.
I może powinniśmy — pomimo strachu — sięgnąć sami po miecz. Nie czekać na wybawcę.
Bać się i robić. Ja na pewno będę się bardzo bał ukończyć pracę nad tą książką — albo nad czymkolwiek, czym ten tekst się w końcu stanie.
Piszę o odwadze — i boję się własnej książki. Przez lata nawoływałem innych do działania — a sam nie wiem, czy dotrę do ostatniej strony.
A lęk był i jest pod tym wszystkim od początku — pod każdą zajawką, każdym projektem, każdą wspólnotą, którą miałem i traciłem. Pisanie o nim jest jedynym sposobem, żeby przestać czekać. Żeby przestać czekać na Luke’a Skywalkera.